Byliśmy Panami na Zamku • Tomasz Piersiak

Wspominanie nie przywiązuje się do dat. Ale przybliżanie wydarzeń w czasie jest rzeczą dobrą i właściwą.

W 1990 roku Klub Kultury Filmowej wydzierżawił Zamek. Był to akt desperacji. Dobrze wiedzieliśmy, że organizacyjnie i finansowo jest to projekt mocno oderwany od rzeczywistości. Ale Andrzej Kawala – Wielki Biały Człowiek – zawsze kochał wyzwania i niósł przed sobą kaganek cywilizacji.

Zamek popadał w ruinę. Poprzedni dzierżawca doprowadził go do upadku, a samorząd kompletnie nie miał pojęcia co z tym zrobić, a przede wszystkim – skąd wziąć pieniądze. Poszliśmy z Andrzejem na przegląd naszego majątku. Rynny kończące się w połowie wysokości ściany i zwisające z dachu. Ślady wody na budynku. Wszystko wyziębione, w  niektórych pokojach brakuje parkietu, bo palili nim w kominkach. Opuszczone, zimne i mocno podniszczone zamczysko. Wielkie wrażenie robiło poddasze. Potężne belki więźby dachowej układające się w pogmatwane wzory geometryczne i wiekowe pokłady kurzu. Ślady zacieków. Skarbów brak.

Nowi „panowie” dostali dużo sprawdo załatwienia. Szukanie dekarza, który wlezie bez rusztowania i naprawi rynny na dość wysokim obiekcie. Uruchomienie centralnego ogrzewania; skąd wziąć parkiet na załatanie braków. Trzeba uruchomić hotel. Zamek jest główną bazą LLF. Meble i remonty. Dostaliśmy trochę pieniędzy od ministra Dąbrowskiego. Miały być złote góry i świetlana przyszłość ale stanęło na tym, że kupiliśmy trochę mebli, zrobiliśmy porządek i zgrubne remonty. Ot, żeby nie lało się na głowy i nic nie odpadało.

Kawiarnia. Restauracji nie udało się uruchomić, ale kawiarnia była miejscem kultu wszystkich bóstw sztuki filmowej. Również krytyki. Spotkania trwały od rana, a im bliżej wieczoru – traciły formalny charakter (a tłumek gęstniał). Z ekipy Klubowej był tam zawsze Andrzej Milczarkiewicz. Tubalny głos i chmury dymu papierosowego. Andrzej, który w normalnym życiu palił umiarkowanie, w trakcie festiwalu zamieniał się w parowóz. Kochał rozmowy o  sztuce, a fajki go napędzały do aktywności intelektualnej. Czasem też się kapeńkę czegoś dobrego napił. Ulubionym parterem Andrzeja był drugi Andrzej, Werner. Atmosfera budowana przez architekturę kawiarni bardzo pomagała w tworzeniu nastroju do rozmowy. Nawet toporne meble z grubo ciosanego litego drewna nie przeszkadzały, a jak się przyzwyczaiłem, to nawet mi się zaczęły podobać. Tak naprawdę, to w kawiarni zawsze był półmrok.

Sztuka filmowa napędzała biznes w kawiarni. Tłum gości przepijał tam bardzo porządne pieniądze. Dzierżawcami lokalu był duet Stasiek i Heniek. Maślak i Zwoliński, młody łagowski biznes, który związał się z nami na lata. Zarabiali, ale za to nie znali godzin zamknięcia lokalu. Później rozkręcali swoje biznesy turystyczne w szerszej skali. I Julek Ordowski, sprzedający bilety na wieżę i przy okazji własnej roboty fotki – pamiątki. Już od lat ma kiosk z pamiątkami i lodami przy Bramie Marchijskiej (tej szachulcowej). Z dzisiejszej perspektywy wygląda, że prowadziliśmy mały inkubator przedsiębiorczości. Julek skorzystał jeszcze później ze wsparcia marketingowego LLF. Wanda Mirowska któregoś roku zachwyciła się dużymi plastikowymi pierścieniami. Były różnokolorowe, w wielu wzorach. Kobiety LLF musiały je mieć, porównywać wzory – z zachwytem dla ich niewyrafinowanego wdzięku.

W Zamku przed pierwszym za naszego panowania LLF trwały gorączkowe przygotowania pokoi, usuwanie widocznych braków i dziur. Wszystko jak zawsze trafiało na ostatnią chwilę. Składaliśmy meble i dawaliśmy ostatni błysk naszej posiadłości. Zasypialiśmy na dziedzińcu zamkowym malując drewniane ławki. Rano okazało się, że były pomalowane przeważnie tylko z jednej strony – ale nic już nie można było zrobić, ówczesne farby olejne schły długo. Pierwsi goście zbliżali się do recepcji…

Tomasz Piersiak – miłośnik kina, Klub Kultury Filmowej w Zielonej Górze

Może Ci się również spodoba