Moje Lubuskie Lata Filmowe • Andrzej Bukowiecki

Andrzej Bukowiecki

Tak się złożyło, że moje wspomnienia z zaledwie kilku edycji Lubuskiego Lata Filmowego w Łagowie, w których uczestniczyłem, zacząłem spisywać 11 kwietnia, w dniu imienin mego nieżyjącego ojca – krytyka filmowego Leona Bukowieckiego. Wspominam tu o nim z dwóch powodów. Pierwszy jest taki, że to z nim – a także z moją też już nieżyjącą mamą i starszym bratem Aleksandrem – wybraliśmy się pierwszy raz do Łagowa. W 1964 roku, a więc gdy jeszcze nie mówiło się o LLF, spędzaliśmy tu część letnich wakacji. Miałem wtedy 9 lat. Mieszkaliśmy u bardzo miłych gospodarzy, w jednorodzinnym domu z werandą stojącym tuż nad jeziorem, po którym pływaliśmy łodzią wiosłową, zachwycając się jego krystalicznie czystą wodą. Sprawiała takie wrażenie, jakby była seledynowa. Niezapomniany widok!

Lubniewice przed Łagowem

Ważniejszy jest drugi powód. Otóż wszędzie można napotkać informację, że pierwsze LLF odbyło się w roku 1969. Owszem: w Łagowie, i w formie festiwalu stacjonarnego – tak. Ale… tu opieram się na swojej pamięci, która oczywiście może być zawodna, niemniej wciąż mam w oczach plakietkę z charakterystycznym logo LLF i rozwinięciem tego skrótu, którą posługiwano się rok wcześniej, podczas objazdowej wersji imprezy, z bazą nie w Łagowie, lecz w Lubniewicach. Ojciec był spirytus movens tego przedsięwzięcia, za organizację odpowiadał bardzo sympatyczny pan Piwowarczyk (którego spotkałem także w 1969 w Łagowie), a znakomitym kierowcą był pan, który nazywał się bodaj Marcinkiewicz, ale być może Marcinkowski – po z górą 50 latach (!) nie pamiętam dokładnie. Pamiętam za to, że ojciec opowiadał, jak jeszcze przed edycją lubniewicką, jadąc samochodem z Beatą Tyszkiewicz i panem Piwowarczykiem, snuli we troje plany zorganizowania stacjonarnego, letniego festiwalu filmowego w tym regionie kraju. I wtedy niemal jednocześnie wymyślili nazwę: Lubuskie Lato Filmowe. Jakież było więc zdziwienie ojca i moje, kiedy gdzieś na przełomie lat 60. i 70. przeczytaliśmy w skądinąd świetnym miesięczniku Kino artykuł, z którego wynikało, że LLF stworzył zupełnie ktoś inny (to nie złośliwość z mojej strony – naprawdę nie pomnę nazwiska tej osoby, przy czym nie chodzi o faktycznego współinicjatora i wieloletniego dyrektora artystycznego łagowskich edycji red. Ryszarda Koniczka). Ojciec machnął ręką, ale było mu trochę przykro, mnie zresztą też.

Cała ta sytuacja nieodparcie skojarzyła mi się później z pamiętnym zakończeniem filmu Romana Załuskiego Zaraza, w którym odznaczenia za walkę z wrocławską czarną ospą w 1963 roku odbierają osoby pierwszy raz widoczne wtedy na ekranie, podczas gdy dwaj prawdziwi bohaterowie walk o życie wrocławian, lekarze, siedzą przy stoliku i popijają kawę.

Zjazd gwiazd

Pierwsze łagowskie LLF (1969), na którym – podobnie jak na późniejszych – gościłem z ojcem, było dla mnie, 14-letniego chłopaka wchodzącego w filmowy świat, dużym przeżyciem. Piękna Beata Tyszkiewicz przyjechała do Łagowa w związku z prezentacją Lalki Wojciecha Jerzego Hasa i filmu Andrzeja Wajdy Wszystko na sprzedaż. Pamiętam, jak oprowadzano aktorkę po tarasie widokowym na zamku, a wokół niej szaleli fotoreporterzy.

O zmroku wypłynęliśmy z ojcem łódką na jezioro. Nagle od strony amfiteatru rozległy się huczne brawa. „Witają Beatę na Lalce” – powiedział nieomylnie ojciec. Wieczorne pokazy amfiteatralne prowadził red. Stanisław Janicki, z którym do niedawna współpracowałem w Domu Sztuki na warszawskim Ursynowie. Pan Stanisław, choć po 80-ce, za każdym razem podbijał serca słuchaczy.

Wróćmy do Łagowa A.D. 1969. Organizatorzy najwyraźniej pragnęli, żeby pierwsze (oficjalnie) Lubuskie Lato Filmowe wypadło okazale, więc zaprosili wiele gwiazd ekranu.

Daniela Olbrychskiego zapamiętałem z projekcji zrealizowanych w Łagowie w 1955 roku Godzin nadziei Jana Rybkowskiego. W jej trakcie, wyraźnie rozentuzjazmowany, szepnął do mego ojca: To chyba najlepszy film Ryby! Muszę przyznać, że i mnie się bardzo spodobał, w pamięci utkwiła mi zwłaszcza stonowana kreacja aktorska Zbigniewa Józefowicza.

Daniel Olbrychski był wówczas na fali wznoszącej: premierowe pokazy dwóch filmów z jego udziałem – Polowania na muchy Wajdy i nie wiedzieć czemu dwa lata przetrzymywanego na półce Skoku Kazimierza Kutza – stały się wydarzeniami tamtego Lubuskiego Lata Filmowego (w Polowaniu na muchy ojciec wystąpił w epizodycznej rólce, do czego w Łagowie podchodził z dystansem i humorem).

Klasą, elegancją i stoickim spokojem wyróżniał się Tadeusz Łomnicki, szalenie wtedy popularny po niedawnej premierze Pana Wołodyjowskiego Jerzego Hoffmana. Z wielkim aktorem i ojcem jechaliśmy do którejś z lubuskich miejscowości na spotkanie z publicznością. Ja właśnie zaczynałem się interesować sztuką operatorską (to zasługa olśniewających zdjęć Witolda Sobocińskiego w filmie Wszystko na sprzedaż) i techniką filmową, więc nieśmiało zapytałem pana Łomnickiego, czy to prawda, że Potop ma być kręcony na taśmie 70mm. Przytaknął. Wówczas faktycznie były takie plany, ale ostatecznie film zrealizowano na negatywie 35mm, z którego sporządzono także szerokoformatowe, stereofoniczne kopie.

Miałem też rzadką okazję poznania aktorki, która karierę rozpoczęła jeszcze przed wojną. Tą aktorką była Karolina Lubieńska; na LLF’69 umilała swoją obecnością seanse komedii Konrada Toma i Stanisława Szebego Książątko, z roku 1937.

Moje najbardziej urocze wspomnienie wiąże się jednak z Mieczysławem Voitem. Siedzimy większą grupą przy stole, na obiedzie. W pewnym momencie do Voita podchodzi mniej więcej 7-8-letnia dziewczynka i patrząc mu prosto w oczy mówi: Proszę pana, ja pana widziałam w telewizji, czy mogę sobie na pana popatrzeć? Wszystkich nas ten szczery wyraz sympatii dziecka rozbawił, ale i poruszył – znakomitego aktora oczywiście najbardziej.

Pierwsze łagowskie Lubuskie Lato Filmowe wyznaczyło też początek mojej znajomości z dr Jerzym Płażewskim, która trwała do jego śmierci w 2015 roku. Pan Jerzy przewodniczył festiwalowemu jury, w którym zasiadał też mój ojciec i które decydowało o przyznaniu zwycięskiemu filmowi Syrenki Warszawskiej – nagrody Klubu Krytyki Filmowej Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Wygrało Wszystko na sprzedaż, ale – o czym milczą informacje internetowe (przynajmniej te, do których dotarłem) – werdykt głosił, że jedynym kontrkandydatem był Żywot Mateusza Witolda Leszczyńskiego. I ojca, i mnie bardzo to ucieszyło, gdyż obu nas ekranizacja powieści Tarjeja Vesaasa Ptaki, z wielkim Franciszkiem Pieczką, zachwyciła, podobnie zresztą jak filmowy hołd Wajdy dla Zbigniewa Cybulskiego.

Nadzór i operatorzy

Teraz, po napisaniu tego wszystkiego, widzę, że najwięcej wspomnień mam z tamtego pierwszego łagowskiego Lubuskiego Lata Filmowego. W sumie uczestniczyłem tylko w czterech edycjach festiwalu, gdyż od 1984 roku pracowałem w Domu Sztuki, a prawie dziewięć lat byłem jego dyrektorem. W czerwcu, kiedy odbywa się LLF, zawsze mieliśmy dużo pracy z kończeniem bieżącego przygotowywaniem kolejnego sezonu artystycznego, co udaremniało wyjazd z Warszawy. Jednak w latach 1984 i 1989 się udało. Z tych pobytów utkwiła mi w pamięci głównie atmosfera wyczekiwania na jedne z pierwszych publicznych projekcji legendarnych „półkowników” – Nadzoru Wiesława Saniewskiego i Przesłuchania Ryszarda Bugajskiego. Ciekawe, że dreszcz emocji dało się wyczuć bardziej bodaj przed pokazem Nadzoru (w 1984) niż Przesłuchania (w 1989). Może dlatego, że wstrząsający dramat więzienny Saniewskiego oglądaliśmy jeszcze za komuny, a antystalinowskie Przesłuchanie już po jej upadku. Ponadto część widzów znała film Bugajskiego z konspiracyjnych kaset VHS, a Nadzór był dla wszystkich nowością. W każdym razie nie zapomnę przejmującej ciszy, jaka zaległa na widowni po filmie Saniewskiego. Usłyszałem w niej tylko głos siedzącego w rzędzie za nami, czyli ojcem i mną, prof. Andrzeja Wernera, który powiedział słusznie: Piękną muzykę skomponował Przemek Gintrowski.

Nie pamiętam, czy był wtedy w Łagowie Wiesław Saniewski, natomiast na pewno przyjechał autor zdjęć Witold Adamek; nazajutrz, podczas spaceru, opowiadał mi o filtrach, którymi nadał obrazowi w Nadzorze „więzienną”, prawie granatową tonację.

W trakcie festiwalu odbyło się seminarium poświęcone sztuce operatorskiej w kinie polskim, prowadzone przez Jerzego Płażewskiego. Przypominam sobie referaty Grzegorza Kędzierskiego i Tomasza Cichawy. Tematem tego drugiego wystąpienia była twórczość zmarłego kilka miesięcy wcześniej Zygmunta Samosiuka, uhonorowanego pośmiertnie Złotym Gronem „za twórczy wkład w rozwój polskiej sztuki operatorskiej”. W dyskusji nieśmiało zabrałem głos i mam jeszcze jakby przed oczyma uśmiechniętą twarz przysłuchującej się red. Wandy Wertenstein. Natomiast na jednym z pokazów z programu retrospektywy Samosiuka, prowadzonym z kolei przez mego ojca, hołd wybitnemu operatorowi, w obecności wdowy po artyście – aktorki Ireny Karel – oddał Piotr Szulkin.

O roku ów!

Lubuskie Lato Filmowe’89 było znamienne nie tylko z uwagi na prapremierę nagrodzonego Złotym Gronem i przyznaną także w Łagowie Nagrodą Polskiej Federacji Dyskusyjnych Klubów Filmowych – Don Kichotem – Przesłuchania oraz pokazy innych filmów, w tym Korczaka Andrzeja Wajdy czy przyjętego entuzjastycznie Kornblumenblau Leszka Wosiewicza (Srebrne Grono). Festiwal odbywał się przecież tuż po pamiętnym 4 czerwca owego roku. Toczyły się więc burzliwe rozmowy o sytuacji i przyszłości filmu polskiego, w których wyczuwało się z jednej strony radość z odzyskanej przez kraj suwerenności, a z drugiej – niepewność, jak „to wszystko” – nie tylko w kinematografii – się dalej potoczy. Wspomniany prof. Andrzej Werner, który wówczas nie był jeszcze dyrektorem artystycznym LLF, niemniej pełnił ważną funkcję organizacyjną, zdobył się na piękny gest wobec mego ojca-emeryta: jego dłuższe wystąpienie w jednym z paneli dyskusyjnych potraktował jak referat i uhonorował finansowo. Ojciec zakończył wypowiedź gorzkim stwierdzeniem, (niestety faktu), że ledwo odzyskaliśmy wolność, politycy z obozu demokratycznego zaczęli skakać sobie do oczu. „Kochajmy się!” – wezwał ze wzruszeniem w głosie do zgody.

Ja również dałem się ponieść dyskusyjnej euforii. Już nie pamiętam, czy w tym samym czy w innym panelu – w każdym razie prowadzonym przez Jana Kidawę-Błońskiego – ważąc słowa, by nikogo nie urazić (taki mam zwyczaj: nawet krytykując, nie potrafię „dowalać”), wypowiedziałem się na temat przyczyn obniżenia artystycznego poziomu kina polskiego w „środkowych” latach 80. W myśl słynnego pytania Wojciecha Marczewskiego: „Koledzy, czy musieliście robić te wszystkie filmy?” ośmieliłem się podważyć pogląd, że wszystkiemu winna była władza i cenzura. Nieoczekiwanie, co było dla mnie zaszczytem, mój pogląd podzielił prof. Andrzej Werner. Nie zgodził się natomiast ze mną w ocenie filmu Krzysztofa Kieślowskiego Bez końca (1984) Ja uważałem i nadal uważam, że wtedy jeszcze żyjący reżyser miał prawo chodzić z otwartą przyłbicą – bądź co bądź wziął na ekranie w obronę „Solidarność” i oddał mroczność stanu wojennego. Profesor był przeciwnego zdania – zarzucał twórcy za daleko idące kompromisy. Takie to były spory w one czasy!

„Odzyskane” filmy

Na koniec jeszcze parę słów o Lubuskim Lecie Filmowym w roku 1977. Ciekawy i dziwny był to czas: w rok po Czerwcu w Radomiu i Ursusie, w kilka miesięcy, po tym, jak kina szturmowali widzowie chcący obejrzeć Człowieka z marmuru Andrzeja Wajdy, a przedtem Barwy ochronne Krzysztofa Zanussiego, ale jeszcze trzy lata przed Sierpniem w Gdańsku. We wrześniu’77, na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych, odbędzie się pamiętne Forum Stowarzyszenia Filmowców Polskich, które wyrazi jednoznaczny sprzeciw środowiska wobec działań władz odpowiedzialnych za kinematografię.

W Łagowie też już „buzowało”: rodziło się kino moralnego niepokoju, w kuluarach krążyły pogłoski o tym, że telewizyjny filmKieślowskiego Spokój udał się znakomicie, lepiej od kinowej Blizny, ale został odłożony na półkę (emisji doczekał się dopiero we wrześniu 1980).

Nie tylko na mnie wielkie wrażenie zrobił przegląd, do którego, o ile się nie mylę, przyłożył rękę mój ojciec. Chodzi o dawne filmy polskie, w tym takie, które ze względów cenzuralnych, powiedzmy jasno: politycznych, zostały wycofane z rozpowszechniania. Dyskusję podsumowującą prowadził red. Stanisław Grzelecki. Jednego z dyskutantów zachwycił Ostatni dzień lata będącego wówczas na indeksie Tadeusza Konwickiego. Mnie  – wstrząsające Zagubione uczucia Jerzego Zarzyckiego, dramat społeczny w stylu noir, zrealizowany w 1957 roku i na długie lata zdjęty z ekranów po kilku dniach wyświetlania!

Cieszę się, że kiedy w latach dwutysięcznych rekonstrukcja cyfrowa przywróciła Zagubionym uczuciom dawny blask, zdążyłem jeszcze poznać panią Marię Klejdysz – znakomitą, prywatnie uroczą, odtwórczynię głównej roli kobiecej w tym filmie, w którym nie mniej fantastycznie partnerował jej młodziutki Andrzej Jurczak.

Ale najbardziej cieszę się z tego, że – po pierwsze – dane mi było uczestniczyć chociaż w tych kilku Lubuskich Latach Filmowych, a po drugie, że samemu będąc teraz emerytem, mam nadzieję jeszcze może nie raz i nie dwa wybrać się do Łagowa na kolejne edycje tego świetnego festiwalu, odbywającego się w jednym z najpiękniejszych zakątków Polski.

Andrzej Bukowiecki – krytyk i historyk filmu

Das könnte dich auch interessieren …