Słuchaj, Miłosz, spokojnie, damy radę… • Miloš Máca

Nawet jeśli by nie było żadnego portalu społecznościowego i nie zobaczyłbym jak wielką falę reakcji wywołała nagła śmierć Andrzeja na początku maja, od razu byłoby dla mnie jasne, że nie tylko ja jestem głęboko dotknięty tym niespodziewanym wydarzeniem. To było jak błyskawica z czystego nieba. I wielka szkoda nie tylko dla filmowego świata, ale dla samego Andrzeja.

Po tym, jak po tym szoku nieco odzyskałem spokój, zacząłem sobie przypominać, jak to sporo czasu upłynęło od tej chwili, gdy zostałem poproszony przez Andrzeja o współpracę z Lubuskim Latem Filmowym w formie udostępnienia czeskiej i słowackiej części programu, a następnie na przełomie czerwca i lipca 2011 roku po raz pierwszy w życiu pojawiłem się w tym magicznym miasteczku między dwoma jeziorami, o którym już tyle słyszałem – Łagowie. Tak, w tym przypadku wystarczą proste liczby. To było dokładnie dziesięć lat. Jakże symboliczne. Nadal wydaje się, że to wczoraj.

W marcu tego roku rozpoczęliśmy z Andrzejem przygotowania do 50-lecia LLF, jedenastego z moim udziałem. W tym czasie zakochałem się w Łagowie nie tylko ja, ale także wielu czeskich i słowackich gości, którzy co roku przybywają doń coraz liczniej. Czeskie i słowackie „filmowe stawy rybne” nie są duże, dlatego są stosunkowo wśród czeskich filmowców łatwo rozchodzą się dobre wieści od osób, które już były w Łagowie, a to za sprawą, że po prostu tam jest wspaniale.

Chociaż jestem początkujący w tych wszystkich sprawach dotyczących organizowania festiwalowego programu i choć od początku na filmy udawało się ściągnąć całkiem sporo gości, Andrzej był jedną z tych osób, która najbardziej pomogła mi nauczyć się poruszać w tych rzeczach. Oprócz niezliczonej ilości praktycznych porad, nauczył mnie jednego słowa, które za każdym razem przypominam sobie w jego wspomnieniu, gdy coś nie szło tak, jak to człowiek chciał namalować: „Spokojnie”.

Czy przez telefon, czy na już na miejscu, w czasie trwania festiwalu, gdy obawiałam się, że coś może nie pójść dobrze, to na schodach przed recepcją festiwalu pojawiał się przede mną Andrzej, w swojej charakterystycznej koszuli z krótkim rękawem, z rozpiętymi dwoma pierwszymi guzikami, ze złożonymi okularami do czytania w kieszeni i niezbędnym papierosem w ręku. Wypuszczał wtedy dym, brał głęboki oddech i zaczynał spokojnym aksamitnym głosem: „Słuchaj, Miłosz, spokojnie, damy radę…”.

Odkąd stało się to właśnie w Łagowie, gdy już rozmawialiśmy przez telefon, to zawsze wyobrażałem go sobie w ten właśnie sposób. Jego reakcja zawsze zaczynała się od tych słów, ale nie chodziło o tę frazę. Andrzej myślał o słowach dokładnie tak, jak je wypowiadał, a dla mnie było to po prostu to, co miałem usłyszeć w tym momencie. Ogromna szkoda, że w tym roku na symbolicznym jubileuszu festiwalu, nie ujrzę go u tego wejścia do recepcji…

Chyba żadne ze zdjęć nie jest tak charakterystyczne dla LLF, jak Andrzej na schodach przed Leśnikiem. Wiele z tych zdjęć było częścią wiadomości o tym najsmutniejszym wydarzeniu w postaci nagłego odejścia Andrzeja. Dlatego pozwolę sobie w moim wspomnieniu Andrzeja opublikować pozostałe pięć zdjęć dodając do nich osobiste wspomnienia, bo z Andrzejem łączył mnie nie tylko świat filmowy, ale przede wszystkim wzajemna ludzka przyjaźń, jaką miałem zaszczyt poczuć z Andrzejem. Andrzej był nie tylko dyrektorem najstarszego polskiego festiwalu filmowego, ale także (a przede wszystkim) świetnym człowiekiem i przyjacielem.

Spotkaliśmy się z Andrzejem kilka lat przed naszą łagowską współpracą na festiwalu Babie Lato Filmowe w Trzyńcu (o tym później), wtedy poznałam jego i Piotra Kotowskiego, wieloletniego rektora Letniej Akademii Filmowej w Zwierzyńcu. Regularnie spotykaliśmy się w Pilźnie na festiwalu Finale, gdzie wieczorami toczyliśmy pasjonujące dyskusje nie tylko o oglądanych filmach. O ostatnim kierowcy Poloneza na świecie i dumnym z niego właścicielu, którym był… Andrzej; wtedy to powstawały legendy o tym, że pracownicy Marriott Hotel w Pilźnie nigdy też o nim nie zapomną, bo taki samochód przed tym czterogwiazdkowym hotelem nigdy wcześniej i nigdy później nie parkował.

Jednak wszystko kiedyś przemija, łącznie z Polonezem, Andrzej musiał jednego pięknego dnia wymienić na Opla. I ten to samochód pod Mlada Boleslav miał awarię w trakcie jednej z podróży Andrzeja do Pilzna, gdzie od kolejnego dnia mieliśmy spotkać się i spędzić razem kilka festiwalowych dni. Udało mi się dzięki mojemu mechanikowi samochodowemu zorganizować odholowanie auta do warsztatu i spróbować go naprawić (jednak w końcu udało się to tylko polskim mechanikom Andrzeja, którzy musieli przyjechać do Pragi, bo podobnie jak Andrzeja, każdy jego samochód trzeba było znać osobiście).

Musieliśmy jeszcze rozwiązać kwestię, jak wieczorem Andrzej dotrze do Pilzna. W końcu najłatwiejsze okazało się to, że wsiądę do swojego auta i przywiozę go na miejsce. Obsługa gości festiwalowych miała być już w porze naszego przyjazdu zamknięta, ale zapewniono nas telefonicznie, że będą na nas czekać. Tak też się stało, a recepcjonistki przywitały Andrzeja nostalgicznie słowami: „Cieszymy się, że w końcu przybył pan w dobrym nastroju, panie Kawala, na pewno takie problemy się nie przydarzyłyby się z Polonezem…”.

Andrzej i ja spotykaliśmy się też co roku na praskim festiwalu 3Kino, który założyliśmy: Vavřinec Menšl i ja, między innymi jako wyraz partnerstwa z LLF. Andrzej był włączony w organizację naszego festiwalu, był zapraszany co roku i zawsze korzystał z zaproszenia. Podczas ostatniej „fizycznej” edycji w roku, w którym nie było nawet pojęcia covid, już nie kierowałem festiwalem, dlatego miałam więcej czasu na cieszenie się gośćmi, co wcześniej ze względu na obowiązki organizacyjne nie udawało się. Z Andrzejem i kilkoma innymi polskimi przyjaciółmi (m.in. Wojtkiem Olszewskim, który przetłumaczy ten tekst i już tego żałuję…) wybraliśmy się do jednej z restauracji w Pradze na obiad. Tam Andrzej zamówił kotlet schabowy z cebulą i boczkiem i ulubione frytki.

Po niecodziennym, niestandardowym czasie oczekiwania na jedzenie, w końcu kelnerzy przynieśli porcję Andrzeja: na talerzu były zarówno frytki, jak i kotlet, ale po cebuli i boczku śladu nie było. Ja już impulsywnie zbierałem się, by pójść „omówić to” z obsługą i kuchnią, ale Andrzej mnie nagle powstrzymał. Podniósł kawałek mięsa, pod którym przykucnęła jedna (słownie: jedna) kostka bekonu i jedna (słownie: jedna) stróżynka cebuli. Swoim, i tak już niemożliwym do opisania, aksamitnym głosem z nutką życzliwej ironii powiedział: „Miłosz spokojnie, nie wygrasz tej kłótni. Jest boczek? Jest. Jest cebula? Jest“.  Oceńcie sami w dokumentacji fotograficznej poniżej. Podziwiałem jego zdolność do rozwiązania każdego, większego lub mniejszego nieporozumienia, z właściwym tylko jemu oglądem i spokojem.

O tym, że Andrzej był postacią znaną i szanowaną nie tylko wśród profesjonalistów filmowych czy np. tylko na terenie województwa lubuskiego, świadczą też moje doświadczenia z ubiegłorocznych wakacji, kiedy wyjechałem na urlop w formie autostopu po Polsce i Litwie. Jestem w Ostródzie, w tutejszej czeskiej restauracji, gdzie poznałem wielu fajnych ludzi, którzy pływali jachtami po mazurskich jeziorach. Pytają mnie, czy często jeżdżę do Polski. Odpowiedziałem: Tak, ten kraj kocham i między innymi co roku uczestniczę w organizacji festiwalu w Łagowie. A oni nagle i spontanicznie: „Łagów, to Lubuskie Lato Filmowe, Andrzej Kawala, prawda? Co roku odwiedzamy”. Świat jest wielki, Polska jest duża, ale Andrzej był tylko jeden.

Jak już wspomniałam, Andrzej i ja poznaliśmy się po raz pierwszy na festiwalu Babie Lato Filmowe w Trzyńcu, którego reżyserem od początku jest Tadek Wantuła, kolejna z osób, w świecie organizacji festiwali filmowych, która tak jak Andrzej, dała mi bardzo dużo. Andrzej był m.in. ojcem chrzestnym starszego syna Tadka, Szymka, znów jakże to symboliczne…

Ostatnie wspomnienie z mojego prywatnego archiwum zdjęć pochodzi z tego festiwalu. Andrzej był prawie co roku jurorem „Babiego Lata”, i niejedna czeska osobistość ze świata filmu, wciąż go pamięta, i to z jaką odpowiedzialnością i rozwagą oceniał filmy uczestnicząc w selekcji najlepszego debiutu wyszehradzkiego.

Tym zdjęciem twoje wspomnienie zakończę. Mógłbym opisać wiele stron w związku z Andrzejem, Andrzej by z pewnością zasłużył na to, ale wciąż muszę pamiętać, że moje kwieciste czeskie zdania musi ktoś inny tłumaczyć…

Drogi Andrzeju, to był zaszczyt Cię znać, przyjaźnić się z Tobą i współpracować podczas LLF. Z innymi przyjaciółmi organizującymi LLF, powiedzieliśmy sobie, że jubileuszowe 50-lecie, którego nie doczekałeś zrobimy tak, jak byś Ty nadal robił. Bez wątpienia dotrzymamy obietnicy. Ponieważ w duchu nadal jesteś z nami i będziesz także na miejscu. I mamy nadzieję, że będziesz tam na górze dumny nie tylko z nas, ale ze wszystkiego, co od ponad 30 lat jako dyrektorowi LLF udało Ci się zbudować. Bo to przede wszystkim Twoja zasługa.

Twój Miloš

Das könnte dich auch interessieren …