50 years of LLF

50 years of LLF

Słuchaj, Miłosz, spokojnie, damy radę… • Miloš Máca

800 600 llf

Nawet jeśli by nie było żadnego portalu społecznościowego i nie zobaczyłbym jak wielką falę reakcji wywołała nagła śmierć Andrzeja na początku maja, od razu byłoby dla mnie jasne, że nie tylko ja jestem głęboko dotknięty tym niespodziewanym wydarzeniem. To było jak błyskawica z czystego nieba. I wielka szkoda nie tylko dla filmowego świata, ale dla samego Andrzeja.

Po tym, jak po tym szoku nieco odzyskałem spokój, zacząłem sobie przypominać, jak to sporo czasu upłynęło od tej chwili, gdy zostałem poproszony przez Andrzeja o współpracę z Lubuskim Latem Filmowym w formie udostępnienia czeskiej i słowackiej części programu, a następnie na przełomie czerwca i lipca 2011 roku po raz pierwszy w życiu pojawiłem się w tym magicznym miasteczku między dwoma jeziorami, o którym już tyle słyszałem – Łagowie. Tak, w tym przypadku wystarczą proste liczby. To było dokładnie dziesięć lat. Jakże symboliczne. Nadal wydaje się, że to wczoraj.

W marcu tego roku rozpoczęliśmy z Andrzejem przygotowania do 50-lecia LLF, jedenastego z moim udziałem. W tym czasie zakochałem się w Łagowie nie tylko ja, ale także wielu czeskich i słowackich gości, którzy co roku przybywają doń coraz liczniej. Czeskie i słowackie „filmowe stawy rybne” nie są duże, dlatego są stosunkowo wśród czeskich filmowców łatwo rozchodzą się dobre wieści od osób, które już były w Łagowie, a to za sprawą, że po prostu tam jest wspaniale.

Chociaż jestem początkujący w tych wszystkich sprawach dotyczących organizowania festiwalowego programu i choć od początku na filmy udawało się ściągnąć całkiem sporo gości, Andrzej był jedną z tych osób, która najbardziej pomogła mi nauczyć się poruszać w tych rzeczach. Oprócz niezliczonej ilości praktycznych porad, nauczył mnie jednego słowa, które za każdym razem przypominam sobie w jego wspomnieniu, gdy coś nie szło tak, jak to człowiek chciał namalować: „Spokojnie”.

Czy przez telefon, czy na już na miejscu, w czasie trwania festiwalu, gdy obawiałam się, że coś może nie pójść dobrze, to na schodach przed recepcją festiwalu pojawiał się przede mną Andrzej, w swojej charakterystycznej koszuli z krótkim rękawem, z rozpiętymi dwoma pierwszymi guzikami, ze złożonymi okularami do czytania w kieszeni i niezbędnym papierosem w ręku. Wypuszczał wtedy dym, brał głęboki oddech i zaczynał spokojnym aksamitnym głosem: „Słuchaj, Miłosz, spokojnie, damy radę…”.

Odkąd stało się to właśnie w Łagowie, gdy już rozmawialiśmy przez telefon, to zawsze wyobrażałem go sobie w ten właśnie sposób. Jego reakcja zawsze zaczynała się od tych słów, ale nie chodziło o tę frazę. Andrzej myślał o słowach dokładnie tak, jak je wypowiadał, a dla mnie było to po prostu to, co miałem usłyszeć w tym momencie. Ogromna szkoda, że w tym roku na symbolicznym jubileuszu festiwalu, nie ujrzę go u tego wejścia do recepcji…

Chyba żadne ze zdjęć nie jest tak charakterystyczne dla LLF, jak Andrzej na schodach przed Leśnikiem. Wiele z tych zdjęć było częścią wiadomości o tym najsmutniejszym wydarzeniu w postaci nagłego odejścia Andrzeja. Dlatego pozwolę sobie w moim wspomnieniu Andrzeja opublikować pozostałe pięć zdjęć dodając do nich osobiste wspomnienia, bo z Andrzejem łączył mnie nie tylko świat filmowy, ale przede wszystkim wzajemna ludzka przyjaźń, jaką miałem zaszczyt poczuć z Andrzejem. Andrzej był nie tylko dyrektorem najstarszego polskiego festiwalu filmowego, ale także (a przede wszystkim) świetnym człowiekiem i przyjacielem.

Spotkaliśmy się z Andrzejem kilka lat przed naszą łagowską współpracą na festiwalu Babie Lato Filmowe w Trzyńcu (o tym później), wtedy poznałam jego i Piotra Kotowskiego, wieloletniego rektora Letniej Akademii Filmowej w Zwierzyńcu. Regularnie spotykaliśmy się w Pilźnie na festiwalu Finale, gdzie wieczorami toczyliśmy pasjonujące dyskusje nie tylko o oglądanych filmach. O ostatnim kierowcy Poloneza na świecie i dumnym z niego właścicielu, którym był… Andrzej; wtedy to powstawały legendy o tym, że pracownicy Marriott Hotel w Pilźnie nigdy też o nim nie zapomną, bo taki samochód przed tym czterogwiazdkowym hotelem nigdy wcześniej i nigdy później nie parkował.

Jednak wszystko kiedyś przemija, łącznie z Polonezem, Andrzej musiał jednego pięknego dnia wymienić na Opla. I ten to samochód pod Mlada Boleslav miał awarię w trakcie jednej z podróży Andrzeja do Pilzna, gdzie od kolejnego dnia mieliśmy spotkać się i spędzić razem kilka festiwalowych dni. Udało mi się dzięki mojemu mechanikowi samochodowemu zorganizować odholowanie auta do warsztatu i spróbować go naprawić (jednak w końcu udało się to tylko polskim mechanikom Andrzeja, którzy musieli przyjechać do Pragi, bo podobnie jak Andrzeja, każdy jego samochód trzeba było znać osobiście).

Musieliśmy jeszcze rozwiązać kwestię, jak wieczorem Andrzej dotrze do Pilzna. W końcu najłatwiejsze okazało się to, że wsiądę do swojego auta i przywiozę go na miejsce. Obsługa gości festiwalowych miała być już w porze naszego przyjazdu zamknięta, ale zapewniono nas telefonicznie, że będą na nas czekać. Tak też się stało, a recepcjonistki przywitały Andrzeja nostalgicznie słowami: „Cieszymy się, że w końcu przybył pan w dobrym nastroju, panie Kawala, na pewno takie problemy się nie przydarzyłyby się z Polonezem…”.

Andrzej i ja spotykaliśmy się też co roku na praskim festiwalu 3Kino, który założyliśmy: Vavřinec Menšl i ja, między innymi jako wyraz partnerstwa z LLF. Andrzej był włączony w organizację naszego festiwalu, był zapraszany co roku i zawsze korzystał z zaproszenia. Podczas ostatniej „fizycznej” edycji w roku, w którym nie było nawet pojęcia covid, już nie kierowałem festiwalem, dlatego miałam więcej czasu na cieszenie się gośćmi, co wcześniej ze względu na obowiązki organizacyjne nie udawało się. Z Andrzejem i kilkoma innymi polskimi przyjaciółmi (m.in. Wojtkiem Olszewskim, który przetłumaczy ten tekst i już tego żałuję…) wybraliśmy się do jednej z restauracji w Pradze na obiad. Tam Andrzej zamówił kotlet schabowy z cebulą i boczkiem i ulubione frytki.

Po niecodziennym, niestandardowym czasie oczekiwania na jedzenie, w końcu kelnerzy przynieśli porcję Andrzeja: na talerzu były zarówno frytki, jak i kotlet, ale po cebuli i boczku śladu nie było. Ja już impulsywnie zbierałem się, by pójść „omówić to” z obsługą i kuchnią, ale Andrzej mnie nagle powstrzymał. Podniósł kawałek mięsa, pod którym przykucnęła jedna (słownie: jedna) kostka bekonu i jedna (słownie: jedna) stróżynka cebuli. Swoim, i tak już niemożliwym do opisania, aksamitnym głosem z nutką życzliwej ironii powiedział: „Miłosz spokojnie, nie wygrasz tej kłótni. Jest boczek? Jest. Jest cebula? Jest“.  Oceńcie sami w dokumentacji fotograficznej poniżej. Podziwiałem jego zdolność do rozwiązania każdego, większego lub mniejszego nieporozumienia, z właściwym tylko jemu oglądem i spokojem.

O tym, że Andrzej był postacią znaną i szanowaną nie tylko wśród profesjonalistów filmowych czy np. tylko na terenie województwa lubuskiego, świadczą też moje doświadczenia z ubiegłorocznych wakacji, kiedy wyjechałem na urlop w formie autostopu po Polsce i Litwie. Jestem w Ostródzie, w tutejszej czeskiej restauracji, gdzie poznałem wielu fajnych ludzi, którzy pływali jachtami po mazurskich jeziorach. Pytają mnie, czy często jeżdżę do Polski. Odpowiedziałem: Tak, ten kraj kocham i między innymi co roku uczestniczę w organizacji festiwalu w Łagowie. A oni nagle i spontanicznie: „Łagów, to Lubuskie Lato Filmowe, Andrzej Kawala, prawda? Co roku odwiedzamy”. Świat jest wielki, Polska jest duża, ale Andrzej był tylko jeden.

Jak już wspomniałam, Andrzej i ja poznaliśmy się po raz pierwszy na festiwalu Babie Lato Filmowe w Trzyńcu, którego reżyserem od początku jest Tadek Wantuła, kolejna z osób, w świecie organizacji festiwali filmowych, która tak jak Andrzej, dała mi bardzo dużo. Andrzej był m.in. ojcem chrzestnym starszego syna Tadka, Szymka, znów jakże to symboliczne…

Ostatnie wspomnienie z mojego prywatnego archiwum zdjęć pochodzi z tego festiwalu. Andrzej był prawie co roku jurorem „Babiego Lata”, i niejedna czeska osobistość ze świata filmu, wciąż go pamięta, i to z jaką odpowiedzialnością i rozwagą oceniał filmy uczestnicząc w selekcji najlepszego debiutu wyszehradzkiego.

Tym zdjęciem twoje wspomnienie zakończę. Mógłbym opisać wiele stron w związku z Andrzejem, Andrzej by z pewnością zasłużył na to, ale wciąż muszę pamiętać, że moje kwieciste czeskie zdania musi ktoś inny tłumaczyć…

Drogi Andrzeju, to był zaszczyt Cię znać, przyjaźnić się z Tobą i współpracować podczas LLF. Z innymi przyjaciółmi organizującymi LLF, powiedzieliśmy sobie, że jubileuszowe 50-lecie, którego nie doczekałeś zrobimy tak, jak byś Ty nadal robił. Bez wątpienia dotrzymamy obietnicy. Ponieważ w duchu nadal jesteś z nami i będziesz także na miejscu. I mamy nadzieję, że będziesz tam na górze dumny nie tylko z nas, ale ze wszystkiego, co od ponad 30 lat jako dyrektorowi LLF udało Ci się zbudować. Bo to przede wszystkim Twoja zasługa.

Twój Miloš

Łagów. Pamiętam, że… • Magdalena Piekarska

900 600 llf

Pamiętam, że kłótnie o kino nigdzie nie były równie zażarte. Te w zamkowej kawiarni, rozpoczynające się przed południem, potrafiły postawić na nogi największych łagowskich balangowiczów skuteczniej niż parzona za bufetem kawa. Kłótnie, bo prowadzone tu debaty o filmach nie miały nic wspólnego z ugrzecznioną formułą Q&A, która rozpanoszyła się w ostatnich latach na festiwalach filmowych. Z widowni, która wypełniała kawiarnię do ostatniego skrawka wolnej podłogi śledziło się słowny ping-pong, uprawiany z reżyserami przez obu Wernerów, Andrzeja i Mateusza, z emocją, która towarzyszy najzagorzalszym piłkarskim kibicom. Tu nie było miejsca na kurtuazję, żaden z bohaterów poprzednich dni i wieczorów nie przychodził na zamek po należną porcję głasków, ale po dawkę solidnej, uzasadnionej konkretnymi argumentami krytyki. I choć naprzeciw niej wytaczano rozmaite działa, to koniec końców większość delikwentów przyjmowała razy z pokorą, zdając sobie sprawę, że za tym bezlitosnym piętnowaniem stoi prawdziwa pasja, solidna wiedza i wielka, niekłamana miłość do kina.

Magdalena Piekarska podczas prowadzenia spotkań na Lubuskim Lecie Filmowym

Pamiętam, że w Łagowie sypiało się niewiele, o ile w ogóle. Pamiętam noce spędzane w biurze festiwalowym na rozmowach z gośćmi i oczekiwaniu na kolejnych. Popołudnia w Ścieku, które zamieniały się w wieczory, płynnie przechodzące w noce i sam człowiek nie wiedział, kiedy nad jeziorem Łagowskim wstawało słońce. Pamiętam, jak z Lucyną zasnęłyśmy na pomoście – obudził nas świt, a nowy dzień powitałyśmy kąpielą w jeziorze, w ciepłej wodzie, bo czerwiec był wyjątkowo upalny tamtego roku. Pamiętam nocne wyprawy na poniemiecki cmentarz nad Jeziorem Trześniowskim. I spacery, których nie chciało się kończyć.

Pamiętam akademię filmową Jerzego Toeplitza, na którą po tych nocnych szaleństwach nie wypadało się nie zerwać na dziką dziewiątą rano, która równała się jakiejś piątej w zwykłym, pozafestiwalowym czasie. Podczas wykładu profesora nikt nie pomyślał nawet, żeby zmrużyć powiekę, choć chyba każdy czuł pod nią piasek. Ale już podczas seansu co i rusz z kolejnych rzędów odzywało się chrapanie. Do dziś nie wiem, co w mojej prywatnej wersji Nietolerancji Davida W. Griffitha jest filmową jawą, a co snem wyśnionym w piątym rzędzie kina Świteź.

Pamiętam rzecz jasna Świteź, zresztą jak nie pamiętać, kiedy widzę jego nieuchronny rozpad. W łagowskim pejzażu sterczy jak zepsuty ząb i jak wielki, spuchnięty wyrzut sumienia zarazem. Bo, umówmy się, kino w kinie, nawet w takim, którego ściany puchną od wilgoci i grzyba, od kina w sali konferencyjnej dzieli przepaść, której nie zasypie oczywista, wydawałoby się, prawda, że przecież oglądamy ten sam film. Niby tak, ale jednak. Jednak nie.

Pamiętam też takie już pozafestiwalowe lato spędzone w Świtezi, z noclegiem w jednym z pokoi nad salą kinową – jako świeżo upieczona studentka zarabiałam na dalszą część wakacji, sprzedając bilety nielicznym wczasowiczom, obżartym goframi z bitą śmietaną i znudzonym bujaniem się po jeziorach na rowerze wodnym. Film był jeden, każdego wieczora przez bity miesiąc ten sam – Dziewięć i pół tygodnia, pościelowy melodramat z Mickeyem Rourke, który z lodowatą precyzją odmierzał Kim Basinger kolejne dawki grzesznych rozkoszy. Wówczas wałkowanie tego romansu w sali, w której miesiąc wcześniej wyświetlano Ofiarowanie Tarkowskiego wydawało mi się grubą niestosownością. Dziś, kiedy romansidła stały się jeszcze tańsze, wspominam go z lekką nostalgią. Praca w Świtezi miała też tę zaletę, że w pokoju obok rezydował operator wrocławskiego kina Lwów – dzięki tej znajomości mogłam na studiach spędzać mnóstwo wieczorów, oglądając filmy przez okienko kabiny projekcyjnej. Dziś we Lwowie projektor już od dawna nie pracuje, a kino ma zamienić się wkrótce w wielki fitness club. Strach pomyśleć, jakiej inwestycji ustąpi miejsca Świteź.

Magdalena Piekarska

Pamiętam łagowskie legendy. O miejscowym proboszczu, który zaalarmował organizatorów w niedzielę, tuż przed mszą, że na murku pod kościołem w nieskromnej pozie odsypia nocne szaleństwa ówczesna filmowa gwiazda, budząc zgorszenie wśród wiernych. I jakkolwiek awantura byłaby tu jak najbardziej na miejscu, pojawiła się tylko grzecznie wyartykułowana prośba: „czy bylibyście państwo tak uprzejmi wynieść spod kościoła tę panią?”. O festiwalowych romansach, o których plotkowano pokątnie – tych na jedną noc, i tych na dłużej. O aktorze, co to do Łagowa przygalopował konno i ministrze, co przyleciał helikopterem. O imprezach w Basztowej i nieustraszonej królowej tamtejszego bufetu. I wiele innych, o sławnych i nieznanych, z czasów, kiedy jeszcze mnie nie było albo byłam zbyt smarkata, żeby w tym mniej formalnym festiwalowym życiu uczestniczyć. Dziś w większości nie do odkopania, bo część ich źródeł wyschła bezpowrotnie – nie będzie już z nami Włodka Piwowarczyka, który pamiętał, od czego się to wszystko zaczęło, nie ma Jędrka Milczarkiewicza, dla którego lubuskie lata były czasem połowów ekranowych pereł, nie ma Wielkiego Białego Ojca, łagowskiego Omara Sharifa, czyli Andrzeja Kawali. I nie ma mojego ojca, choć zawsze wydawało mi się, że LLF i on to jedno. I że będzie tak zawsze.

Nie pamiętam, od kiedy razem zaczęliśmy urywać się do Łagowa. Musiały to być późne lata osiemdziesiąte. Urywaliśmy się z maminej smyczy, przy czym to ja miałam być jej przedłużeniem. Niespecjalnie skutecznym, kiedy ojciec w Łagowie wpadał w wir życia towarzyskiego. I szalał. Był królem Ścieku, tego towarzyskiego centrum LLF-u, znał wszystkich i nawet z tymi, którzy jeszcze tego nie wiedzieli, potrafił w ułamku sekundy, niemal niezauważenie przejść od mrugnięcia okiem do niemal przyjacielskiej zażyłości. Mama rzadko przyjeżdżała na dłużej, częściej wpadała na chwilę, przeprowadzić wywiad, zebrać materiał na tekst i przy okazji skontrolować sytuację, sprawdzić, czy szaleństwa pana Włodeczka nie przebrały miary. A potem mamy zabrakło, a rytuał pozostał. Ojciec wydawał się niezniszczalny – zholowany o drugiej w nocy do pokoju odczekiwał tylko, aż położę się spać. Kiedy byłam na granicy snu, słyszałam, jak w pokoju obok trzaskały drzwi, a on wracał tam, gdzie biło źródło. Rano w tajemniczy sposób budził się trzeźwiutki i rześki – łomotał do moich drzwi, namawiając na wyprawę po świeżą porcję prasy i na kawę do Kamili, która w ostatnich latach jest Ścieku cesarzową, do pani Kasi z Ogrodu Smaków, w której się lekko podkochiwał, czy do Stolarni. I pruł przez Łagów zamaszystym krokiem, aż ledwo za nim nadążałam. Ten ostatni Łagów był dla mnie cholernie trudny. Nie przez pandemię, maseczkowy reżim, dziwny, wrześniowy termin. Wciąż miałam wrażenie, że majaczą mi na horyzoncie, w perspektywie ulicy Zamkowej jego plecy, że za ułamek sekundy wychynie z Bramy Marchijskiej, że rozpoznaję jedną z letnich czapek z jego kolekcji na tarasie restauracji Pod Lipami. A potem łapałam się na tym, że nie, że już tu na siebie nie wpadniemy. Chociaż kto wie? Myślę, że nie miałby nic przeciwko, żeby nocami straszyć na wieży Zamku Joannitów. Tego samego, gdzie świętowaliśmy moje pierwsze, wielkie wesele. Gdzie wyszłam za mąż, żeby zaraz wrócić. Świetnie się tam bawił, ale przy kieliszku wszystkim powtarzał: „nic z tego nie będzie”. I nie mylił się, bo miał nosa do ludzi.

Pamiętam, że jako licealistka i studentka nie wyobrażałam sobie przełomu czerwca i lipca bez Lubuskiego Lata. Przez lata przywoziłam tu kolejnych przyjaciół i znajomych, wielu z nich udało mi się skutecznie w Łagowie rozkochać. I choć powiedzieć, że wszystko byłoby sporą przesadą, to bardzo wiele tutaj właśnie się zaczęło. Miłość do kina, lekcje czytania filmów, potrzeba, żeby ich migotliwe życie przedłużyć o dyskusje, o gorące spory. Potem na kilka lat porzuciłam Łagów, znajdując dziesiątki powodów, dla których przyjazd był niemożliwy – bo praca, bo rodzinne obowiązki, bo wrocławskie życie kulturalne wypełnione szczelnie atrakcjami. Kiedy zjechałam na powrót do Łagowa, znalazłam LLF jak owada zatopionego w bursztynie. Nic, poza filmami, się nie zmieniło. Może przybyło nam zmarszczek, siwych włosów na głowach, ale wciąż można było niespieszną żabką płynąć przez Łagowskie za prof. Wernerem, wcinać srebrzyki z Wandą Mirowską otoczoną wianuszkiem studentów z łódzkiej Filmówki, cierpieć kaca po wantułówce, pałaszować pierogi z jagodami w nieśmiertelnej Defce, próbować pysznego, litewskiego chleba przywiezionego przez Giedyminasa, pytać Istvana, co słychać u bratanków, a między filmami w gronie oddanych Lubuskiemu Latu spiskowców snuć wizje, jak wpuścić w łagowski krwiobieg trochę świeżej krwi. Tak, żebyśmy znów mogli sobie skakać do gardeł – nie w sprawie polityki czy piłki nożnej, ale kina.

Magdalena Piekarska – dziennikarka, dziennikarka, reporterka, recenzentka teatralna

A ty musisz dziś jechać? Nie zostałbyś jeszcze? • Tomasz Gąssowski

900 600 llf

O Lubuskim Lecie Filmowym wiedziałem od zawsze. Od różnych znajomych docierały do mnie opowieści: te o filmach, dyskusjach i te legendarne – z Maklakiewiczem i Himilsbachem w rolach głównych. Wszystko to powodowało, że bardzo chciałem się tu znaleźć. W 2003 roku współprodukowane przeze mnie „Zmruż Oczy” Andrzeja Jakimowskiego otrzymało Srebrne Grono i była to idealna okazja, żeby pojawić się wreszcie, jednak coś wtedy stanęło na przeszkodzie.

Ale się przybliżałem… W 2009 roku Paweł Felis, ówczesny dyrektor artystyczny, zapytał mnie, czy mógłby wykorzystać mój motyw muzyczny ze „Sztuczek” do czołówki festiwalu. Rok póżniej Andrzej Kawala w żołnierskim mailu poinformował, że chciałby używać tego tematu podczas kolejnych edycji. Czy ktoś kiedyś czegoś odmówił Kawali?  Od tego czasu moja tarantella męczy widzów przed każdym festiwalowym seansem. Ale ciagle nie dotarłem do Łagowa…

Tomasz Gąssowski podczas spotkania po projekcji filmu „Baraż” na Lubuskim Lecie Filmowym w 2017 roku

Wreszcie jest 2017 rok. Mój krótki film „Baraż” dostał się do konkursu i takiej okazji nie mogłem przegapić. Przyjeżdżam i od razu „z grubej rury” – w holu wpadam na Jurka Armatę. Bratnia dusza. Obydwaj kochamy i filmy i futbol. Od razu mi raźniej. W biurze festiwalu działajacego pod pod wodzą wszechogarniającej Weroniki odbieram, jak w komunie, „kartki” na jedzenie i idę do pobliskiej „Defki”. Z nad talerza obserwuję gościa, który podchodzi do pani kelnerki i w niezwykle miły i kulturalny sposób składa u niej zamówienie. Tak rzadkie u nas połączenie skracania dystansu, z jednoczesnym brakiem nadmiernego spoufalania się. „Co za wyjątkowo sympatyczny Polak” – myślę.  Za chwile okażę się, że to István Krasztel. Węgier. Juror konkursu krótkich metraży. Po projekcji mojego filmu, jak na „bratanka” przystało, zaprasza kilka osób na degustacje wyśmienitej palinki, którą przywiózł ze sobą.

Kolejną osobą, którą poznaję to Wanda Mirowska. Kiedy mówię jej, że idę obejrzeć film, macha ręką: „Na festiwalu filmowym będziesz filmy oglądać?!”. Wanda wie o Łagowie wszystko, oprowadza mnie po różnych miejscach, a szczególnym dla niej jest budka z rybami, do której, na srebrzyki, zaprasza dosłownie każdego. Podczas spacerów opowiada mnóstwo festiwalowych historii z których szczególnie zapadła mi taka: W latach 70 – tych Himilsbach zaprosił ją na urodziny. Ponieważ nie przyjaźniła się jakoś bliżej z aktorem, sądziła, że będzie to większa impreza. Jakież było jej zaskoczenie, kiedy po przybyciu o umówionej godzinie w pokoju zastała tylko siedzących przy stole jubilata i jego przyjaciela, Maklakiewicza. Na stole stała butelka wódki, przed każdym z panów stały dwie puste szklanki. Himilsbach bez słowa rozlał wódkę do szklanek, spojrzał na Wandę i powiedział: „A dla damy – czekolada”. Po czym sięgnął gdzieś za siebie i wręczył zdezorientowanej Wandzi tabliczkę czekolady. Posiedzieli tak we trójkę jakiś czas w milczeniu, Wanda zjadła czekoladę, wreszcie grzecznie się pożegnała i sobie poszła…

Mój pierwszy wieczór w Łagowie. U Kamili i Jurka w barze na dole gorąca atmosfera. Skończył się film, zdania są mocno podzielone. Temperatura dyskusji jak na studiach, nikt nie odpuszcza. Z Gosią i Krzyśkiem Lisowskimi opijamy spotkanie po latach. Dosiada się Włodek Piekarski. Niezwykła siła, energia, radość życia. Od razu się lubimy. Tempo wieczoru nadal studenckie. Okazuje się, że Włodek sporo ode mnie starszy. Myślałem, że najwyżej w moim wieku. Jak on, cholera, daje radę…?

To “ta” rozmowa…

Następnego dnia idę do biura zapytać o powrót. Tam króluje Andrzej Kawala. Siadamy na kanapach w korytarzu i zaczynamy rozmawiać. O tym, co każdy z nas robi i robił w życiu, o tym co dla każdego z nas ważne, kim kto naprawdę jest. Mija godzina, druga… Znajomi, widząc jak rozmawiamy z poważnymi minami, zatrzymują się i pytają czy wszystko w porządku. A my gadamy dalej, jakbyśmy się znali od zawsze. Po czterech godzinach Kawala pyta: „A ty musisz dziś jechać? Nie zostałbyś jeszcze?” No i zostałem…

Tomasz Gąssowski – kompozytor, reżyser

Do Łagowa jeździło się od zawsze • Robert Gliński

900 600 llf

Do Łagowa na festiwal jeździło się od zawsze. W końcu lat 70-tych, gdy byłem studentem Szkoły Filmowej w Łodzi, zabierał nas tam Janusz Kijowski, szef Koła Młodych Stowarzyszenia Filmowców. Potem, jako dorosły reżyser, pokazywaliśmy z kolegami w Łagowie dorobek studia im. Karola Irzykowskiego, gdzie zrobiłem mój pierwszy film: „Niedzielne igraszki”. W latach następnych odwiedzałem Łagów z filmami „Wszystko, co najważniejsze”, „Kochaj i rób co chcesz”, „Cześć Tereska”…

Czasem przyjeżdżałem bez filmu. Bo Łagów, miał tę wspaniałą cechę, że rozmawiało się tu o polskim kinie. Mądrze, przenikliwie, bez nienawiści. Nie bez powodu Łagów zawsze przyciągał największe tuzy polskiej krytyki filmowej. Tu poznałem błyskotliwy intelekt Krzysztofa Mętraka oraz niezwykłą klasę i dojrzałość Rafała Marszałka. Fascynowały mnie pełne erudycji i humoru polemiki Andrzeja Wernera z jego synem Mateuszem. Tu Tadeusz Sobolewski zadziwiał wszystkich rozległą wiedzą filmową i szukaniem kontekstów społecznych czy moralnych dla każdego filmu. I wreszcie tu, w Łagowie, poznałem bliżej Bola Michałka, przeuroczego krytyka, który był także scenarzystą i napisał potem dla mnie scenariusz „Łabędziego śpiewu”.

Na festiwalu w Łagowie dostawałem czasem nagrody za swoje filmy. Bywało też, że zbierałem ciężkie baty i widzowie oraz koledzy jeździli po mnie jak po łysej kobyle. Jedno i drugie wspominam z rozrzewnieniem. Bo to był dowód na to, że ktoś moje filmy ogląda, przejmuje się nimi, stara zrozumieć.

Nadal jeżdżę do Łagowa. Żeby zobaczyć, co w trawie piszczy – czyli oglądam filmy kolegów. Ale nie tylko. W Łagowie robię coś, o czym niewiele osób wie. Rysuję. Bawię się w malarza plenerowego. Dlaczego w Łagowie? To jedno z niewielu miasteczek w Polsce, w którym się dobrze czuję. Więc wyciągam deskę z samochodu, jakiś papier, tusz albo farbki. Biorę rozkładane krzesełko i siadam nad jeziorem. Czasem ktoś mnie nakryje na tej niecnej procedurze. Pada często pytanie, co robię.

„- Trzeba coś robić w przerwie, gdy się nie kręci filmów. Jedni piją wódkę, inni piszą wiersze albo łowią ryby, a ja bazgrzę po papierze.”. I to sprawia mi niebywałą przyjemność…

Robert Gliński – reżyser i scenarzysta. Laureat nagród na LLF za „Cześć Tereska” i „Długi weekend”

Byliśmy Panami na Zamku • Tomasz Piersiak

900 600 llf

Wspominanie nie przywiązuje się do dat. Ale przybliżanie wydarzeń w czasie jest rzeczą dobrą i właściwą.

W 1990 roku Klub Kultury Filmowej wydzierżawił Zamek. Był to akt desperacji. Dobrze wiedzieliśmy, że organizacyjnie i finansowo jest to projekt mocno oderwany od rzeczywistości. Ale Andrzej Kawala – Wielki Biały Człowiek – zawsze kochał wyzwania i niósł przed sobą kaganek cywilizacji.

Zamek popadał w ruinę. Poprzedni dzierżawca doprowadził go do upadku, a samorząd kompletnie nie miał pojęcia co z tym zrobić, a przede wszystkim – skąd wziąć pieniądze. Poszliśmy z Andrzejem na przegląd naszego majątku. Rynny kończące się w połowie wysokości ściany i zwisające z dachu. Ślady wody na budynku. Wszystko wyziębione, w  niektórych pokojach brakuje parkietu, bo palili nim w kominkach. Opuszczone, zimne i mocno podniszczone zamczysko. Wielkie wrażenie robiło poddasze. Potężne belki więźby dachowej układające się w pogmatwane wzory geometryczne i wiekowe pokłady kurzu. Ślady zacieków. Skarbów brak.

Nowi „panowie” dostali dużo sprawdo załatwienia. Szukanie dekarza, który wlezie bez rusztowania i naprawi rynny na dość wysokim obiekcie. Uruchomienie centralnego ogrzewania; skąd wziąć parkiet na załatanie braków. Trzeba uruchomić hotel. Zamek jest główną bazą LLF. Meble i remonty. Dostaliśmy trochę pieniędzy od ministra Dąbrowskiego. Miały być złote góry i świetlana przyszłość ale stanęło na tym, że kupiliśmy trochę mebli, zrobiliśmy porządek i zgrubne remonty. Ot, żeby nie lało się na głowy i nic nie odpadało.

Kawiarnia. Restauracji nie udało się uruchomić, ale kawiarnia była miejscem kultu wszystkich bóstw sztuki filmowej. Również krytyki. Spotkania trwały od rana, a im bliżej wieczoru – traciły formalny charakter (a tłumek gęstniał). Z ekipy Klubowej był tam zawsze Andrzej Milczarkiewicz. Tubalny głos i chmury dymu papierosowego. Andrzej, który w normalnym życiu palił umiarkowanie, w trakcie festiwalu zamieniał się w parowóz. Kochał rozmowy o  sztuce, a fajki go napędzały do aktywności intelektualnej. Czasem też się kapeńkę czegoś dobrego napił. Ulubionym parterem Andrzeja był drugi Andrzej, Werner. Atmosfera budowana przez architekturę kawiarni bardzo pomagała w tworzeniu nastroju do rozmowy. Nawet toporne meble z grubo ciosanego litego drewna nie przeszkadzały, a jak się przyzwyczaiłem, to nawet mi się zaczęły podobać. Tak naprawdę, to w kawiarni zawsze był półmrok.

Sztuka filmowa napędzała biznes w kawiarni. Tłum gości przepijał tam bardzo porządne pieniądze. Dzierżawcami lokalu był duet Stasiek i Heniek. Maślak i Zwoliński, młody łagowski biznes, który związał się z nami na lata. Zarabiali, ale za to nie znali godzin zamknięcia lokalu. Później rozkręcali swoje biznesy turystyczne w szerszej skali. I Julek Ordowski, sprzedający bilety na wieżę i przy okazji własnej roboty fotki – pamiątki. Już od lat ma kiosk z pamiątkami i lodami przy Bramie Marchijskiej (tej szachulcowej). Z dzisiejszej perspektywy wygląda, że prowadziliśmy mały inkubator przedsiębiorczości. Julek skorzystał jeszcze później ze wsparcia marketingowego LLF. Wanda Mirowska któregoś roku zachwyciła się dużymi plastikowymi pierścieniami. Były różnokolorowe, w wielu wzorach. Kobiety LLF musiały je mieć, porównywać wzory – z zachwytem dla ich niewyrafinowanego wdzięku.

W Zamku przed pierwszym za naszego panowania LLF trwały gorączkowe przygotowania pokoi, usuwanie widocznych braków i dziur. Wszystko jak zawsze trafiało na ostatnią chwilę. Składaliśmy meble i dawaliśmy ostatni błysk naszej posiadłości. Zasypialiśmy na dziedzińcu zamkowym malując drewniane ławki. Rano okazało się, że były pomalowane przeważnie tylko z jednej strony – ale nic już nie można było zrobić, ówczesne farby olejne schły długo. Pierwsi goście zbliżali się do recepcji…

Tomasz Piersiak – miłośnik kina, Klub Kultury Filmowej w Zielonej Górze

Łagów, Łagów… • Magdalena Piekorz

900 600 llf

Łagów, Łagów…

Wyobraźmy sobie dwa szerokie, płynące ku sobie jeziora, ze srebrzącą się w promieniach słońca wodą, otoczone gęstymi, bukowymi lasami. Wypływające na wodę łódki nie są jeszcze dobrze widoczne pod światło, ludzkie sylwetki tworzą niejasne kontury. Po chwili rozlegają się głosy i śmiechy, rozbawione towarzystwo sięga do wiklinowych koszy po owoce i wino.

Kiedy podpływamy bliżej, sylwetki stają się bardziej widoczne: Maja Komorowska, Andrzej Seweryn, Anna Nehrebecka, w sąsiadującej łódce, w charakterystycznych, przyciemnianych okularach, największy znawca starego kina, Stanisław Janicki wraz z Andrzejem Wajdą dyskutują o niezrealizowanych filmach Mistrza. W dali Małgorzata Braunek, Zbigniew Zapasiewicz, Kazimierz Kutz… Kogo tu nie ma, kto nie macha ochoczo wiosłami…

To moje wyobrażenie Łagowa sprzed lat, z czasów kiedy polskie kino święciło swoje największe tryumfy, a środowisko filmowe spotykało się tutaj, by dzielić się doświadczeniami z planu i dyskutować na temat szeroko pojętej kultury filmowej.

Magdalena Piekorz podczas spotkania na Lubuskim Lecie Filmowym

Co prawda wobec majestatu natury, ludzkie dzieła wydają się nikłe, ale te filmowe już pięć dekad temu, wdarły się w łaskę łagowskich lasów i jezior, i szturmem wzięły średniowieczny zamek Joanitów. Słyszałam, że przyjeżdżali tu wszyscy. Powołane do życia w 1969 roku Lubuskie Lato Filmowe, było podobno pierwszym festiwalem polskiego kina w kraju, a jego urok i kameralność sprawiły, że dla artystów dużego ekranu, stało się nie tylko miejscem wymiany myśli i poglądów, ale drugim domem. Słyszałam też, że na pomysł zorganizowania tu festiwalu wpadł Daniel Olbrychski, ale z pewnością ojców tej idei znalazłoby się wielu.

Jak opowiadali mi stali bywalcy, z profesor Wandą Mirowską na czele, która do Łagowa przyjechała ponad czterdzieści razy, w dawnych czasach nie było statuetek czy finansowych nagród, nikt nie jechał na festiwal po pieniądze. Zwycięzca w nagrodę mógł otrzymać natomiast dywan albo obraz, czasem tak duży, że trudno było go zmieścić w drzwiach pociągu.

Mnie udało się zawitać do Łagowa w 2014, w czterdzieste trzecie urodziny festiwalu. Miasteczko okazało się tak magiczne, jak mi opowiadano, miałam wrażenie, że zostało wręcz wtopione w naturę. Wobec tak wszechobecnego piękna, trudno nie ulec złudzeniu, że przeniesieni zostaliśmy w zupełnie inny świat, w inny wymiar. Ten „wymiar” tworzy oczywiście także samo spotkanie ze sztuką. Organizatorzy Lubuskiego Lata Filmowego, ze zmarłym ostatnio dyrektorem, Andrzejem Kawalą na czele, stworzyli wspaniałą, przyjazną atmosferę, potwierdziły się więc i opinie, że Łagów to drugi dom filmowców.  Swoją drogą, wielka szkoda, że dyrektor Kawala nie doczekał tej pięćdziesiątej, jubileuszowej edycji…

Nasze jury pod przewodnictwem Andrzeja Jakimowskiego, w składzie: Krzysztof Gierat, Leszek Wosiewicz, Andrzej Goleniewski i ja, główną nagrodą Złote Grono przyznało filmowi „Papusza” Joanny i Krzysztofa Krauze. Na zakończenie festiwalu, odbył się w amfiteatrze niezwykły koncert Wojciecha Karolaka. Tego dnia Łagów tonął w deszczu, ale wrażenia były niezapomniane. I tylko jeden smutek wdzierał się w moje serce – że nie ma już tej dawnej, filmowej kultury. Brakowało mi w Łagowie kolegów filmowców, brakowało rozmów o kinie do białego rana, chociaż nasze Jury debatowało do późnych godzin nocnych. Brakowało twórców czekających w napięciu na werdykt i młodzieży koczującej z plecakami na brzegu jeziora. Stojący przed pensjonatem „Bajka” Koziołek Matołek na próżno wyczekiwał gości. Czyżby zapomnieli o Łagowie…?

Pięćdziesiąty, jubileuszowy festiwal, przypada na czas pandemii. Niech to będzie rok przełomowy, po którym Łagów wróci w swoim pełnym kształcie. Życzę by łódki znów wypłynęły na jeziora, a sale kinowe wypełniły się po brzegi. Niechaj grono dojrzewa!

Magdalena Piekorz – reżyserka, scenarzystka.

Między Lublinem a Łagowem • Kuba Kuszewski

897 600 llf

Moja przygoda z LLF w Łagowie rozpoczęła się w roku 1988, kiedy czteroosobową ekipą pod kierownictwem Piotrka Kotowskiego przejechaliśmy całą Polskę, pokonując trasę z Lublina do Zbąszynka – dalej do Świebodzina i na koniec PKS-em do Łagowa.

Dalej, z przystanku autobusowego zostaliśmy odebrani przez Wielkiego Białego Człowieka (pieszczotliwie i w przenośni o dyrektorze LLF Andrzeju Kawali i charakterystycznym kolorze jego włosów, do dzisiaj niezmiennym). Zostaliśmy umieszczeni hotelu Energetyk (obecnie Enea). Jak na ówczesne czasy, warunki dla studenta były bardzo dobre. Ośrodek nie był w centrum wydarzeń imprezy, lekko na uboczu, ale w przyzwoitym dystansie do pokonania spacerem w 10-15 minut. Do kina musieliśmy przejść praktycznie przez cały Łagów, mijając restauracje „Pod Rurami”, „Basztową”, Leśnika mijając na ulicy czy siedzące przy stolikach na zewnątrz znane postaci filmu polskiego. Rytuał codziennie był zbliżony, od rana dyskusje w kawiarni zamkowej po projekcjach z dnia poprzedniego, potem obiad i do wieczora kino. Wieczorami dyskusje w „Ścieku” lub na innych spotkaniach towarzyskich.

Wtedy, oraz przez kolejne lata, miałem przyjemność (i z perspektywy czasu śmiało stwierdzam – honor) poznać osoby blisko związane z organizacją LLF – Andrzeja Milczarkiewicza, Włodka Piekarskiego, Jurka Nowaka, którzy razem ze wspomnianym już Andrzejem Kawalą tworzyli trzon Klubu Kultury Filmowej w Zielonej Górze. Przez kolejne lata moich wizyt nasza znajomość przerodziła się w prawdziwą przyjaźń. Na każde spotkanie w tak zwanym międzyczasie bardzo cieszyliśmy się. Poza Łagowem spotykaliśmy się na seminariach organizowanych przez DKF-y w całej Polsce, a także tradycją stały się spotkania podczas Letniej Akademii Filmowej w Zwierzyńcu, na Lubelszczyźnie. Zawsze była chemia między Zielona Górą i Lublinem, a wspólne spotkania były ucztą intelektualną, pełną dowcipów, anegdot oraz mnóstwa śmiechu. Byłem najmłodszy w tym towarzystwie i bardzo imponowała mi możliwość przebywania oraz rozprawiania na różne tematy ze znacznie starszymi kolegami.

Kiedyś w Łagowie, w czasie wolnym od projekcji filmowych, podczas kolejnego turnieju sportowego oglądanego w większym towarzystwie, Darek Kasprzak wpadł na pomysł założenia biura podróży Geriatric Tour – czyli organizowania wyjazdów na mecze piłkarskie najlepiej notowanych drużyn w piłkę nożną w Europie. Natchnęła nas do tego ogromna pasja Andrzeja Milczarkiewicza, pamiętającego akcje i mecze sprzed wielu lat, o których mało kto pamiętał. Zresztą, wiedza sportowa Andrzeja sięgała znacznie dalej. Pamiętał wyniki wszelkich olimpiad, mistrzostwa, poza piłką również pasjonował się żużlem oraz koszykówką – głównie za sprawą zielonogórskich drużyn.

Wracając do „Geriatric Tour”, którego członkami etatowymi byli: Darek Kasprzak, Andrzej Milczarkiewicz oraz piszący te słowa Kuba Kuszewski. Organizacja całości spadła na moje barki, ale sprawiało mi to wielką radość, móc zorganizować prymarny czy kolejne wyjazdy dla przyjaciół. Za pierwszym razem pojechaliśmy do Amsterdamu, na mecz Ajax; później FC Barcelony, Evertonu w Liverpoolu z Manchester United, Bayernu Monachium czy Realu Madryt. Raz nawet, dzięki mojemu koledze, tubylcowi z Liverpoolu, trafiliśmy na „Żyletę” Evertonu, siedząc pomiędzy prawdziwymi ultrasami. Za nami siedziało dwóch starszych panów komentując mecz i w zasadzie to, co do dzisiaj pamiętam, to fuck i fucking wypuszczane z ich ust jak serie z karabinu maszynowego. Oprócz wrażeń sportowych zawsze mieliśmy bogatą sferę doświadczeń kulturalnych, odwiedzając znamienite muzea w każdym z powyższych miast, oglądając i dyskutując o malarstwie, rzeźbie oraz ogólnie pojętej sztuce. Zwiedzaliśmy te miasta spacerując i odwiedzając główne punkty turystyczne, ale również wałęsając się po mniej odwiedzanych uliczkach. Raz, idąc przez czerwoną dzielnicę w Amsterdamie i konsumując wzrokiem witryny okienne, Andrzej szturchnął mnie mówiąc: – Kubuś, ona jest starsza ode mnie… Nasze podróże to temat na oddzielnie pisaną historię, którą kiedyś popełnię. Brakuje mi Ciebie, Misiu (pieszczotliwie o Andrzeju Milczarkiewiczu) i twoich uroczych, charakterystycznych przecinków czy średników w formie „kuLwa” w wielu historiach, które miałem zaszczyt niejednokrotnie wysłuchać.

Wracając do Energetyka, to rezydowaliśmy tam przez dwa lata, przenosząc się w kolejnych do hotelu Bankowego. Rok 1989 był pamiętny, gdyż przyjechaliśmy wtedy z Lublina do Łagowa grupą kilkunastoosobową, bardzo spragnioną wrażeń towarzyskich oraz filmowych. W rzeczonym hoteliku zamieszkała również grupa kolegów i przyjaciół z DKF-ów z różnych stron Polski. Dość często organizowaliśmy ogniska pod hotelem, zapraszając znajomych artystów do biesiadowania oraz kilku głębszych dyskusji. W przypadku niepogody przenosiliśmy się do pokoi, gdzie odbywaliśmy długie Polaków rozmowy. Pewnego razu, zawsze elegancki Rysio Uklański wstał od stołu, obwieszczając wszem i wobec, że udaje się pod prysznic. Po jakiejś chwili wrócił w kompletnie przemoczonym garniturze, bo zapomniał go zdjąć przed odkręceniem kurków z wodą… Garniturowy prysznic przeszedł do annałów anegdot związanych z Łagowem. Ten rok był pamiętny również z tego powodu, że z dnia na dzień, podczas pobytu w Łagowie – wódka zdrożała o 50%. Z dwóch tysięcy z kawałkiem na trzy z hakiem. Było to dosyć niespodziewane i uszczupliło nasze skromne budżety rozrywkowe.

Po paru ładnych latach od powyższych wydarzeń, nie pamiętam niestety roku, dyrektor Kawala wpadł na pomysł, żeby festiwal w Łagowie zrobić konkursem międzynarodowym. Oprócz dodatkowych funduszy wprowadziło to do konkursu filmy z krajów ościennych (i nie tylko). Pewnego popołudnia, do siedzących w większym towarzystwie na tyłach Leśnika czy w „Ścieku” wpadł zafrasowany Kawala, informując, że jedna kopia polskiego filmu w wersji „nie festiwalowej” znaczy: bez napisów. Ponieważ LLF był umiędzynarodowiony, byli również obecni goście z zagranicy: z Niemiec, Czech, Słowacji, krajów nadbałtyckich czy Węgier. Dyrektor z błaganiem w oczach oznajmił nam, że mikrofony dla tłumaczy i słuchawki dla widzów jadą już z Zielonej Góry i wyznaczył Tadka Wantułę do tłumaczenia na czeski, Istvana Krasztela na węgierski i mnie na angielski. Od czego ma się przyjaciół? O umówionej godzinie usiedliśmy w pierwszym rzędzie kina Świteź, od prawej Istvan, w środku Tadek i ja po lewej. Założyliśmy słuchawki, żeby lepiej słyszeć dialogi, ale również jedno ucho było „otwarte”, żeby słyszeć reakcje publiczności. Sala była wypełniona w jakichś 60%, więc szału frekwencyjnego nie było, ale jak się okazało: film też nie był tego wart. Rozpoczęliśmy pracę, kiedy po dwudziestu kilku minutach projekcji padł z ekranu tekst „Zrób mi loda”. W ułamku sekundy myślałem, jak to zgrabnie przetłumaczyć na angielski, Istvan też milczał, a Tadek wypalił „Vyhul mi kokota!”. Zaczęliśmy się śmiać do rozpuku, tak, że przez kilkadziesiąt sekund nie było żadnego tłumaczenia, o czym sala nam dobitnie przypominała. Po dobrej chwili kontynuowaliśmy symultankę w naszych językach. Do tej pory opowiadam czasami tę historię i zawsze wywołuje ona salwy śmiechu.

Z rzeczonym Tadeuszem mieliśmy wieloletnią tradycję odwiedzania jego „rezydencji” łagowskiej w ośrodku Promyk. Kto zna Łagów, to wie, że z Leśnika do Promyka to spacer około 20 minutowy – w zależności od tempa marszu. Z powrotem, po odwiedzinach, znacznie dłuższy. Nauczeni doświadczeniem, zawsze koleżeńsko korzystaliśmy z transportu zapewnionego przez dyr. Kawalę. Jednakże pewnego roku jeden z naszych kompanów, ten co na cztery łapy spada i podobno w butach chodzi, w trakcie bankietu zorientował się, że ma do obejrzenia film za godzinę. Postanowił nas opuścić i pójść na projekcję. Tadzio zawsze częstował własnej roboty napitkiem, które nazywaliśmy „paliwem rakietowym” lub pieszczotliwie „wantułówką”. Rozochocony nasz kompan ruszył dziarsko do kina i kiedy spotkaliśmy się na drugi dzień okazało się, że po drodze zgubił jednego adidasa i do końca festiwalu chodził w japonkach… Mimo poszukiwań buta nie odnaleziono.

Kuba Kuszewski – miłośnik filmu, związany z DKF Bariera w Lublinie

Łagów to sen, barwny kalejdoskop • Andrzej Titkow

800 532 llf

MÓJ ŁAGÓW

Łagów to sen. Ludzie, filmy, rozmowy o filmach i o życiu, kąpiele w jeziorze, pływanie kajakiem, piwo i wódka. Szczegóły zatarte, barwny kalejdoskop. Nie byłem notorycznym bywalcem Festiwalu w Łagowie. Po raz pierwszy pojechałem tam, jako początkujący filmowiec, w latach 70. PRL rozkwitał, a ludziom żyło się dostatniej. Z pewnością był tam wtedy słynny Jan Himilsbach. Wszyscy opowiadali o Himilsbachu anegdoty, wszyscy go znali i byli z nim zaprzyjaźnieni. Ja nie.

W latach 80. byłem w Łagowie pewnie ze dwa razy. Dobrze pamiętam Lubuskie Lato Filmowe czasów Burzy i Naporu, w pamiętnym roku 1989. Film „Przesłuchanie” Ryszarda Bugajskiego, który mnie, kolejny raz, zachwycił i jeszcze dwa świetne dokumenty-„Górnicy‘88” Andrzeja Piekutowskiego i „Co wyszło spod ziemi” Marii Zmarz-Koczanowicz. Piękne lato. Dużo pływałem i trochę kajakowałem. Były różne rozmowy. Zapamiętałem szczególnie rozmowę ze skacowanym, zbolałym Waldkiem Chołodowskim. Pytam go, dlaczego tak mało pisze o filmie. On na to wściekle-A gdzie mam pisać, w „Trybunie Ludu”? I jeszcze jedno, ważne dla mnie, wydarzenie. Pokaz mojego filmu fabularnego „Światło odbite” i jego chłodne przyjęcie. Wracałem z festiwalu z Andrzejem Brzozowskim. Wsiedliśmy do pociągu na stacji Zbąszynek. Lał deszcz. Tuż przed odjazdem, do naszego przedziału, weszła dziewczyna. Była całkiem przemoczona. Pociąg ruszył. Dziewczyna wyszła na korytarz. Światło za oknem rysowało jej sylwetkę. Patrzyłem na nią, jak urzeczony. Zauważyłem, że i Andrzej jest w nią wpatrzony. Szybko wyszedłem na korytarz. Zaczęliśmy rozmowę, która trwała do Warszawy. Ta dziewczyna do dzisiaj jest moją żoną.

Andrzej Titkow

W wieku XXI byłem w Łagowie dwukrotnie. W roku 2005 pojechałem tam z moją piętnastoletnią wówczas córką, Natalią. Z filmów, które wtedy obejrzałem, największe wrażenie zrobił na mnie „Raj utracony”. Jego autor, węgierski reżyser, Lajos Koltai został zresztą, całkiem zasłużenie, nagrodzony. Odbył się także retrospektywny pokaz moich filmów. Na pierwszym seansie pokazałem prawie wszystkie moje filmy, zrealizowane w WFD, od „W takim niedużym mieście” do „Daj mi to”. Przyszło dużo ludzi. Po projekcji odbyło się tzw. „spotkanie z reżyserem”. Wszyscy bardzo filmy chwalili. Laurkę wygłosił nawet Wojtek Marczewski. Musieliśmy jednak szybko wyjść z kina, bo następna projekcja. Ale widzowie chcieli dalej rozmawiać, więc dalszy ciąg spotkania odbył się na ławce pod kinem. Druga projekcja odbyła się kilka godzin później. Pokazałem filmy nowsze – „Na podobieństwo Jacka” i „Historię pewnego życia”. Wieczorem zaliczyliśmy jeszcze z Natalią „Wesele” Wojciecha Smarzowskiego. Jej się podobało, mnie zachwyciło.

W następnym roku nie pojechałem do Łagowa. Od grudnia 2004, byłem zastępcą kierownika Redakcji Form Dokumentalnych Programu I TVP. Na Krakowskim Festiwalu Filmowym nasza Redakcja triumfowała. Filmy wyprodukowane lub koprodukowane przez nas zgarnęły 7 najważniejszych festiwalowych nagród, praktycznie całą pulę. Niewiele czasu upłynęło od zakończenia Festiwalu, gdy 6 lipca, Małgorzata Raczyńska, nowa dyrektor TVP 1, wręczyła mi wymówienie. 10 lipca zgromadzeni w Łagowie twórcy napisali list otwarty w mojej obronie do Bronisława Wildsteina, ówczesnego prezesa TVP S.A. Ten list zaczynał się tak: „Do uczestników 36. Lubuskiego Lata Filmowego w Łagowie dotarła wiadomość o natychmiastowym zwolnieniu z pracy w Redakcji Filmu Dokumentalnego Programu 1 TVP Andrzeja Titkowa, znanego dokumentalisty i świetnego redaktora”. List popisały 74 osoby, a wśród nich-Andrzej Wajda, Ryszard Bugajski, Kazimierz Karabasz, Marek Koterski, Jacek Petrycki, Magdalena Piekorz, Hanna Polak, Borys Lankosz, Andrzej Seweryn, Adam Sikora, Tadeusz Sobolewski, Bolesław Sulik, Teresa Torańska, Andrzej Werner, Maria Zmarz-Koczanowicz. Oczywiście żadnego efektu list nie przyniósł, ale od tej pory Łagów jest mi szczególnie bliski i jawi się, jako ważny przystanek mego życia.

Te wszystkie łagowskie obrazy, rozmowy, klimaty, oddalają się z trzecią szybkością kosmiczną, zacierają się, rozwiewają. Jak sen, tuż po przebudzeniu.

Andrzej Titkow – reżyser, scenarzysta i producent.

Ziemia Lubuska ciągle istnieje w mojej pamięci jako matka chrzestna Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych • Daniel Olbrychski

754 600 llf
Daniel Olbrychski przed kinem Świteź – Lubuskie Lato Filmowe 1969 • Fot. Tomasz Gawałkiewicz

Pomysł na powstanie czegoś na kształt festiwalu polskich filmów zrodził się dokładnie jesienią 1965 roku! Pamiętam jakby to było wczoraj. Zielona Góra, malownicze wzniesienie, kawiarnia zwana wtedy i chyba dzisiaj też, Palmiarnią. Po wrześniowej premierze filmu Andrzeja Wajdy „Popioły” w warszawskiej Sali Kongresowej ruszyliśmy z naszym filmem w Polskę. W Zielonej Górze ekipę premierową reprezentował drugi reżyser Andrzej Żuławski, odtwórca roli Krzysztofa Cedry Bogusław Kierc i ja – Rafał Olbromski. Pamiętam, że zachwyceni byliśmy organizacją tych uroczystości łącznie z wizytą w podziemiach ratuszowych i degustacją polskich win w, nie mylę się chyba, Bachusie.

Następnego dnia niewiele od nas starsi organizatorzy zaprosili nas właśnie do Palmiarni. Tu z Andrzejem Żuławskim niemal chórem wznieśliśmy toast dedykowany ówczesnym gospodarzom z wydziału kultury Zielonej Góry. Toast ten brzmiał mniej więcej tak: „Jesteście wspaniali. Chce się Wam. Zorganizujcie tu, lub gdzieś w okolicy, rodzaj, no może nie polskiego Cannes, ale ot takich Karlowych Warów…”  Jak z późniejszej piosenki Wojtka Młynarskiego „może to coś da, kto wie”.

No i parę lat później odbyło się pierwsze Lubuskie Lato Filmowe w Łagowie, które od początku wyszło pięknie naprzeciw tęsknotom naszego środowiska i nie tylko. Moje wczesne tam pobyty wspominam jako coś wzruszającego. Dobrych kilka lat później pomysł na najważniejszy festiwal polskich filmów przejęło Wybrzeże. Najpierw Gdańsk, a potem Gdynia. Ale to Zielona Góra, Ziemia Lubuska była pierwsza i ciągle istnieje w mojej pamięci jako matka chrzestna Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych. To tutaj się wszystko zaczęło.

Daniel Olbrychski – aktor. Nagrodzony w Łagowie za rolę w „Brzezinie”; zdobywca tytułu „Gwiazdy Filmowego Sezonu”

Moje Lubuskie Lata Filmowe • Andrzej Bukowiecki

900 600 llf
Andrzej Bukowiecki

Tak się złożyło, że moje wspomnienia z zaledwie kilku edycji Lubuskiego Lata Filmowego w Łagowie, w których uczestniczyłem, zacząłem spisywać 11 kwietnia, w dniu imienin mego nieżyjącego ojca – krytyka filmowego Leona Bukowieckiego. Wspominam tu o nim z dwóch powodów. Pierwszy jest taki, że to z nim – a także z moją też już nieżyjącą mamą i starszym bratem Aleksandrem – wybraliśmy się pierwszy raz do Łagowa. W 1964 roku, a więc gdy jeszcze nie mówiło się o LLF, spędzaliśmy tu część letnich wakacji. Miałem wtedy 9 lat. Mieszkaliśmy u bardzo miłych gospodarzy, w jednorodzinnym domu z werandą stojącym tuż nad jeziorem, po którym pływaliśmy łodzią wiosłową, zachwycając się jego krystalicznie czystą wodą. Sprawiała takie wrażenie, jakby była seledynowa. Niezapomniany widok!

Lubniewice przed Łagowem

Ważniejszy jest drugi powód. Otóż wszędzie można napotkać informację, że pierwsze LLF odbyło się w roku 1969. Owszem: w Łagowie, i w formie festiwalu stacjonarnego – tak. Ale… tu opieram się na swojej pamięci, która oczywiście może być zawodna, niemniej wciąż mam w oczach plakietkę z charakterystycznym logo LLF i rozwinięciem tego skrótu, którą posługiwano się rok wcześniej, podczas objazdowej wersji imprezy, z bazą nie w Łagowie, lecz w Lubniewicach. Ojciec był spirytus movens tego przedsięwzięcia, za organizację odpowiadał bardzo sympatyczny pan Piwowarczyk (którego spotkałem także w 1969 w Łagowie), a znakomitym kierowcą był pan, który nazywał się bodaj Marcinkiewicz, ale być może Marcinkowski – po z górą 50 latach (!) nie pamiętam dokładnie. Pamiętam za to, że ojciec opowiadał, jak jeszcze przed edycją lubniewicką, jadąc samochodem z Beatą Tyszkiewicz i panem Piwowarczykiem, snuli we troje plany zorganizowania stacjonarnego, letniego festiwalu filmowego w tym regionie kraju. I wtedy niemal jednocześnie wymyślili nazwę: Lubuskie Lato Filmowe. Jakież było więc zdziwienie ojca i moje, kiedy gdzieś na przełomie lat 60. i 70. przeczytaliśmy w skądinąd świetnym miesięczniku Kino artykuł, z którego wynikało, że LLF stworzył zupełnie ktoś inny (to nie złośliwość z mojej strony – naprawdę nie pomnę nazwiska tej osoby, przy czym nie chodzi o faktycznego współinicjatora i wieloletniego dyrektora artystycznego łagowskich edycji red. Ryszarda Koniczka). Ojciec machnął ręką, ale było mu trochę przykro, mnie zresztą też.

Cała ta sytuacja nieodparcie skojarzyła mi się później z pamiętnym zakończeniem filmu Romana Załuskiego Zaraza, w którym odznaczenia za walkę z wrocławską czarną ospą w 1963 roku odbierają osoby pierwszy raz widoczne wtedy na ekranie, podczas gdy dwaj prawdziwi bohaterowie walk o życie wrocławian, lekarze, siedzą przy stoliku i popijają kawę.

Zjazd gwiazd

Pierwsze łagowskie LLF (1969), na którym – podobnie jak na późniejszych – gościłem z ojcem, było dla mnie, 14-letniego chłopaka wchodzącego w filmowy świat, dużym przeżyciem. Piękna Beata Tyszkiewicz przyjechała do Łagowa w związku z prezentacją Lalki Wojciecha Jerzego Hasa i filmu Andrzeja Wajdy Wszystko na sprzedaż. Pamiętam, jak oprowadzano aktorkę po tarasie widokowym na zamku, a wokół niej szaleli fotoreporterzy.

O zmroku wypłynęliśmy z ojcem łódką na jezioro. Nagle od strony amfiteatru rozległy się huczne brawa. „Witają Beatę na Lalce” – powiedział nieomylnie ojciec. Wieczorne pokazy amfiteatralne prowadził red. Stanisław Janicki, z którym do niedawna współpracowałem w Domu Sztuki na warszawskim Ursynowie. Pan Stanisław, choć po 80-ce, za każdym razem podbijał serca słuchaczy.

Wróćmy do Łagowa A.D. 1969. Organizatorzy najwyraźniej pragnęli, żeby pierwsze (oficjalnie) Lubuskie Lato Filmowe wypadło okazale, więc zaprosili wiele gwiazd ekranu.

Daniela Olbrychskiego zapamiętałem z projekcji zrealizowanych w Łagowie w 1955 roku Godzin nadziei Jana Rybkowskiego. W jej trakcie, wyraźnie rozentuzjazmowany, szepnął do mego ojca: To chyba najlepszy film Ryby! Muszę przyznać, że i mnie się bardzo spodobał, w pamięci utkwiła mi zwłaszcza stonowana kreacja aktorska Zbigniewa Józefowicza.

Daniel Olbrychski był wówczas na fali wznoszącej: premierowe pokazy dwóch filmów z jego udziałem – Polowania na muchy Wajdy i nie wiedzieć czemu dwa lata przetrzymywanego na półce Skoku Kazimierza Kutza – stały się wydarzeniami tamtego Lubuskiego Lata Filmowego (w Polowaniu na muchy ojciec wystąpił w epizodycznej rólce, do czego w Łagowie podchodził z dystansem i humorem).

Klasą, elegancją i stoickim spokojem wyróżniał się Tadeusz Łomnicki, szalenie wtedy popularny po niedawnej premierze Pana Wołodyjowskiego Jerzego Hoffmana. Z wielkim aktorem i ojcem jechaliśmy do którejś z lubuskich miejscowości na spotkanie z publicznością. Ja właśnie zaczynałem się interesować sztuką operatorską (to zasługa olśniewających zdjęć Witolda Sobocińskiego w filmie Wszystko na sprzedaż) i techniką filmową, więc nieśmiało zapytałem pana Łomnickiego, czy to prawda, że Potop ma być kręcony na taśmie 70mm. Przytaknął. Wówczas faktycznie były takie plany, ale ostatecznie film zrealizowano na negatywie 35mm, z którego sporządzono także szerokoformatowe, stereofoniczne kopie.

Miałem też rzadką okazję poznania aktorki, która karierę rozpoczęła jeszcze przed wojną. Tą aktorką była Karolina Lubieńska; na LLF’69 umilała swoją obecnością seanse komedii Konrada Toma i Stanisława Szebego Książątko, z roku 1937.

Moje najbardziej urocze wspomnienie wiąże się jednak z Mieczysławem Voitem. Siedzimy większą grupą przy stole, na obiedzie. W pewnym momencie do Voita podchodzi mniej więcej 7-8-letnia dziewczynka i patrząc mu prosto w oczy mówi: Proszę pana, ja pana widziałam w telewizji, czy mogę sobie na pana popatrzeć? Wszystkich nas ten szczery wyraz sympatii dziecka rozbawił, ale i poruszył – znakomitego aktora oczywiście najbardziej.

Pierwsze łagowskie Lubuskie Lato Filmowe wyznaczyło też początek mojej znajomości z dr Jerzym Płażewskim, która trwała do jego śmierci w 2015 roku. Pan Jerzy przewodniczył festiwalowemu jury, w którym zasiadał też mój ojciec i które decydowało o przyznaniu zwycięskiemu filmowi Syrenki Warszawskiej – nagrody Klubu Krytyki Filmowej Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Wygrało Wszystko na sprzedaż, ale – o czym milczą informacje internetowe (przynajmniej te, do których dotarłem) – werdykt głosił, że jedynym kontrkandydatem był Żywot Mateusza Witolda Leszczyńskiego. I ojca, i mnie bardzo to ucieszyło, gdyż obu nas ekranizacja powieści Tarjeja Vesaasa Ptaki, z wielkim Franciszkiem Pieczką, zachwyciła, podobnie zresztą jak filmowy hołd Wajdy dla Zbigniewa Cybulskiego.

Nadzór i operatorzy

Teraz, po napisaniu tego wszystkiego, widzę, że najwięcej wspomnień mam z tamtego pierwszego łagowskiego Lubuskiego Lata Filmowego. W sumie uczestniczyłem tylko w czterech edycjach festiwalu, gdyż od 1984 roku pracowałem w Domu Sztuki, a prawie dziewięć lat byłem jego dyrektorem. W czerwcu, kiedy odbywa się LLF, zawsze mieliśmy dużo pracy z kończeniem bieżącego przygotowywaniem kolejnego sezonu artystycznego, co udaremniało wyjazd z Warszawy. Jednak w latach 1984 i 1989 się udało. Z tych pobytów utkwiła mi w pamięci głównie atmosfera wyczekiwania na jedne z pierwszych publicznych projekcji legendarnych „półkowników” – Nadzoru Wiesława Saniewskiego i Przesłuchania Ryszarda Bugajskiego. Ciekawe, że dreszcz emocji dało się wyczuć bardziej bodaj przed pokazem Nadzoru (w 1984) niż Przesłuchania (w 1989). Może dlatego, że wstrząsający dramat więzienny Saniewskiego oglądaliśmy jeszcze za komuny, a antystalinowskie Przesłuchanie już po jej upadku. Ponadto część widzów znała film Bugajskiego z konspiracyjnych kaset VHS, a Nadzór był dla wszystkich nowością. W każdym razie nie zapomnę przejmującej ciszy, jaka zaległa na widowni po filmie Saniewskiego. Usłyszałem w niej tylko głos siedzącego w rzędzie za nami, czyli ojcem i mną, prof. Andrzeja Wernera, który powiedział słusznie: Piękną muzykę skomponował Przemek Gintrowski.

Nie pamiętam, czy był wtedy w Łagowie Wiesław Saniewski, natomiast na pewno przyjechał autor zdjęć Witold Adamek; nazajutrz, podczas spaceru, opowiadał mi o filtrach, którymi nadał obrazowi w Nadzorze „więzienną”, prawie granatową tonację.

W trakcie festiwalu odbyło się seminarium poświęcone sztuce operatorskiej w kinie polskim, prowadzone przez Jerzego Płażewskiego. Przypominam sobie referaty Grzegorza Kędzierskiego i Tomasza Cichawy. Tematem tego drugiego wystąpienia była twórczość zmarłego kilka miesięcy wcześniej Zygmunta Samosiuka, uhonorowanego pośmiertnie Złotym Gronem „za twórczy wkład w rozwój polskiej sztuki operatorskiej”. W dyskusji nieśmiało zabrałem głos i mam jeszcze jakby przed oczyma uśmiechniętą twarz przysłuchującej się red. Wandy Wertenstein. Natomiast na jednym z pokazów z programu retrospektywy Samosiuka, prowadzonym z kolei przez mego ojca, hołd wybitnemu operatorowi, w obecności wdowy po artyście – aktorki Ireny Karel – oddał Piotr Szulkin.

O roku ów!

Lubuskie Lato Filmowe’89 było znamienne nie tylko z uwagi na prapremierę nagrodzonego Złotym Gronem i przyznaną także w Łagowie Nagrodą Polskiej Federacji Dyskusyjnych Klubów Filmowych – Don Kichotem – Przesłuchania oraz pokazy innych filmów, w tym Korczaka Andrzeja Wajdy czy przyjętego entuzjastycznie Kornblumenblau Leszka Wosiewicza (Srebrne Grono). Festiwal odbywał się przecież tuż po pamiętnym 4 czerwca owego roku. Toczyły się więc burzliwe rozmowy o sytuacji i przyszłości filmu polskiego, w których wyczuwało się z jednej strony radość z odzyskanej przez kraj suwerenności, a z drugiej – niepewność, jak „to wszystko” – nie tylko w kinematografii – się dalej potoczy. Wspomniany prof. Andrzej Werner, który wówczas nie był jeszcze dyrektorem artystycznym LLF, niemniej pełnił ważną funkcję organizacyjną, zdobył się na piękny gest wobec mego ojca-emeryta: jego dłuższe wystąpienie w jednym z paneli dyskusyjnych potraktował jak referat i uhonorował finansowo. Ojciec zakończył wypowiedź gorzkim stwierdzeniem, (niestety faktu), że ledwo odzyskaliśmy wolność, politycy z obozu demokratycznego zaczęli skakać sobie do oczu. „Kochajmy się!” – wezwał ze wzruszeniem w głosie do zgody.

Ja również dałem się ponieść dyskusyjnej euforii. Już nie pamiętam, czy w tym samym czy w innym panelu – w każdym razie prowadzonym przez Jana Kidawę-Błońskiego – ważąc słowa, by nikogo nie urazić (taki mam zwyczaj: nawet krytykując, nie potrafię „dowalać”), wypowiedziałem się na temat przyczyn obniżenia artystycznego poziomu kina polskiego w „środkowych” latach 80. W myśl słynnego pytania Wojciecha Marczewskiego: „Koledzy, czy musieliście robić te wszystkie filmy?” ośmieliłem się podważyć pogląd, że wszystkiemu winna była władza i cenzura. Nieoczekiwanie, co było dla mnie zaszczytem, mój pogląd podzielił prof. Andrzej Werner. Nie zgodził się natomiast ze mną w ocenie filmu Krzysztofa Kieślowskiego Bez końca (1984) Ja uważałem i nadal uważam, że wtedy jeszcze żyjący reżyser miał prawo chodzić z otwartą przyłbicą – bądź co bądź wziął na ekranie w obronę „Solidarność” i oddał mroczność stanu wojennego. Profesor był przeciwnego zdania – zarzucał twórcy za daleko idące kompromisy. Takie to były spory w one czasy!

„Odzyskane” filmy

Na koniec jeszcze parę słów o Lubuskim Lecie Filmowym w roku 1977. Ciekawy i dziwny był to czas: w rok po Czerwcu w Radomiu i Ursusie, w kilka miesięcy, po tym, jak kina szturmowali widzowie chcący obejrzeć Człowieka z marmuru Andrzeja Wajdy, a przedtem Barwy ochronne Krzysztofa Zanussiego, ale jeszcze trzy lata przed Sierpniem w Gdańsku. We wrześniu’77, na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych, odbędzie się pamiętne Forum Stowarzyszenia Filmowców Polskich, które wyrazi jednoznaczny sprzeciw środowiska wobec działań władz odpowiedzialnych za kinematografię.

W Łagowie też już „buzowało”: rodziło się kino moralnego niepokoju, w kuluarach krążyły pogłoski o tym, że telewizyjny filmKieślowskiego Spokój udał się znakomicie, lepiej od kinowej Blizny, ale został odłożony na półkę (emisji doczekał się dopiero we wrześniu 1980).

Nie tylko na mnie wielkie wrażenie zrobił przegląd, do którego, o ile się nie mylę, przyłożył rękę mój ojciec. Chodzi o dawne filmy polskie, w tym takie, które ze względów cenzuralnych, powiedzmy jasno: politycznych, zostały wycofane z rozpowszechniania. Dyskusję podsumowującą prowadził red. Stanisław Grzelecki. Jednego z dyskutantów zachwycił Ostatni dzień lata będącego wówczas na indeksie Tadeusza Konwickiego. Mnie  – wstrząsające Zagubione uczucia Jerzego Zarzyckiego, dramat społeczny w stylu noir, zrealizowany w 1957 roku i na długie lata zdjęty z ekranów po kilku dniach wyświetlania!

Cieszę się, że kiedy w latach dwutysięcznych rekonstrukcja cyfrowa przywróciła Zagubionym uczuciom dawny blask, zdążyłem jeszcze poznać panią Marię Klejdysz – znakomitą, prywatnie uroczą, odtwórczynię głównej roli kobiecej w tym filmie, w którym nie mniej fantastycznie partnerował jej młodziutki Andrzej Jurczak.

Ale najbardziej cieszę się z tego, że – po pierwsze – dane mi było uczestniczyć chociaż w tych kilku Lubuskich Latach Filmowych, a po drugie, że samemu będąc teraz emerytem, mam nadzieję jeszcze może nie raz i nie dwa wybrać się do Łagowa na kolejne edycje tego świetnego festiwalu, odbywającego się w jednym z najpiękniejszych zakątków Polski.

Andrzej Bukowiecki – krytyk i historyk filmu

Łagów – z drugiej strony ekranu • Grzegorz Pieńkowski

900 600 llf
Grzegorz Pieńkowski

Do Łagowa na Lubuskie Lato Filmowe po raz pierwszy przyjechałem w roku 1984. Byłem zwykłym uczestnikiem, choć z ramienia Filmoteki Narodowej, w której pracowałem od siedmiu lat. Nie byłem całkiem obcy – było tu wielu znajomych z ruchu DKF, z którymi stale współpracowaliśmy. Pierwsze wrażenie z Łagowa – które później potwierdzało się przy każdym pobycie – to odczucie bezpośredniości i bliskiego koleżeństwa ze wszystkimi obecnymi; praktycznie żadnych barier (poza przedstawicielami ministerstw i administracji lokalnej). Wszyscy z szeroko rozumianego środowiska filmowego traktowali się nawzajem jak w rodzinie – czuło się nieudawaną wspólnotę. Rozmowy, dyskusje, nawet spory na temat oglądanych filmów nie były wojną na śmierć i życie, a raczej próbą szczerego przedstawienia własnych osądów i przekonań – próbą wypracowania takiego rozumienia dzieł, które łączyłoby nas, a nie dzieliło.

Z uczestnictwa w pierwszych kilku edycjach pamiętam przede wszystkim długie nocne biesiady, w których owo poczucie bliskości wzmacniane było (trzeba to szczerze powiedzieć) intensywnym wchłanianiem różnych biopaliw – od produktów wytwórni państwowych do produktów rzemieślniczych ze słynną „wantułówką” na pierwszym miejscu. I – opowieści. Pełne anegdot, wspomnień, humoru przekonującego o tym, że wielkie postacie kinematografii to przede wszystkim zwykli ludzie, potrafiący wypowiadać się poprzez ekran – ale wcale nie pomnikowi. Przeciwnie wręcz. Tak jak w historii o tym, jak to któryś z nich wycofując się o jasnym świcie z imprezy na Zamku sturlał się ze schodów, wypadł – po odbiciu się od drzwi – w kierunku kaplicy i zaległ krzyżem na bruku przed nią, co przez idące na poranną mszę starsze łagowianki miało być przywitane stwierdzeniem: „Patrz pani, a mówili że te filmowce to bezbożniki…”

Kilka edycji później zaproponowałem Andrzejowi Kawali (dla przyjaciół – Wielkie Biały Ojciec) swoją pomoc w obsłudze lektorskiej i tłumaczeniu na żywo filmów bez polskiej wersji językowej; w rezultacie na długie lata stałem się polskim głosem przybliżającym filmy z Węgier, Litwy, Estonii, Łotwy, ZSRR, Niemiec… zawsze tam, gdzie nie było polskich napisów czy wgranego polskiego lektora. W efekcie wypadłem ze spotkań w biały dzień (poza konferencjami, na których tłumaczyłem gości rosyjskojęzycznych), siłą rzeczy ograniczając się do spotkań wieczorno-nocnych, skracanych w celu nabrania sił przed kolejnym dniem mikrofonowym. Mogłem natomiast spojrzeć z bliska na te część Lata, która umyka gościom i uczestnikom: na pracę zaplecza organizacyjno-administracyjnego.

Zrozumiałem wtedy, jaki ogrom pracy i sił jest wkładany w to, żeby wszystko odbywało się bez wstrząsów i niezauważalnie – tak, by nikt nie miał najmniejszych nawet kłopotów. Wielokrotnie byłem świadkiem jeszcze większego siwienia Dyrektora Kawali, muszącego rozwiązywać problemy zakwaterowania i łagodzącego zgrzyty powstające na styku wyższej administracji ze światem filmowców; szczególnie widoczne to było za panowania min. Dąbrowskiego, który miał nieprzyjemny zwyczaj patrzenia na wszystkich „z góry” – i nie chodziło tu wcale o jego wzrost. Z takich niespodziewanych zdarzeń pamiętam zajście z – jak zawsze eleganckim – Krzysztofem Zanussim. Przyjechał do Łagowa w połowie imprezy o bladym świcie (około piątej rano); na pytanie koleżanki z recepcji: „W czym mogę pomóc?” – powiedział, że chętnie zameldowałby swój przyjazd ministrowi Ścibor-Rylskiemu. Został połączony telefonicznie z apartamentem na Zamku, a że po krótkiej rozmowie minę miał dziwną – ośmieliłem się zapytać, co się stało. Usłyszałem: „Panie Grzegorzu, zgłosiłem panu Tadeuszowi swój przyjazd, na co powiedział żebym się odświeżył. Czy ja wyglądam na nieświeżego?” Muszę powiedzieć to z całą mocą: pan Krzysztof – jak zresztą zawsze – wyglądał „jak spod igły”.

Obsługa lektorsko-tłumaczeniowa bywała męcząca, czasami nawet bardzo. Szczególnie wtedy, gdy pierwszy seans obsługiwałem o dziewiątej rano, a ostatni… Zdarzyło się kiedyś, że ostatni seans danej doby zaczął się o trzeciej nad ranem: był to dodatkowy pokaz „Syndromu astenicznego” Kiry Muratowej. Tłumaczyłem go „na żywo”, z dźwięku. Na sali „Świtezi” było kilkanaście osób, wśród nich niezawodny Andrzej „Misio” Milczarkiewicz. Kiedy po dwóch i pół godzinie wyszliśmy z kina, spojrzał na zegarek i powiedział: „Słuchaj, jest ciepło, deszcz nie pada, pogadamy i o ósmej napijemy się piwa.” Więc zasiedliśmy w oczekiwaniu na piwo w ogródku piwnym przed wejściem do „Leśnika” – tam, gdzie teraz pyszni się drewniany niedźwiedź. I zastanawialiśmy się nad światem Muratowej, naszym i filmowym przez kolejne ponad dwie godziny.

Kiedyś na pół godziny przed pokazem węgierskiej „Poduszki Jadwigi” dostałem do ręki polską listę dialogową do tego filmu z informacją „Będziesz czytał ją jako pierwszy, tłumacz filmu nie widział”. Z lekka zdrętwiałem, bowiem taka informacja to zapowiedź oczywistych kłopotów. I rzeczywiście: na kopii nie było ŻADNYCH napisów obcojęzycznych, dialogi były – oczywiście – węgierskie (tego języka nie znam), a w trakcie pokazu okazało się, że w kopii i polskiej liście dialogowej jest inna kolejność scen. Jakoś z tego wybrnąłem robiąc zakładki z palców pomiędzy – na szczęście! – zaznaczonymi w tekście polskim scenami i czytając maszynopis z wyprzedzeniem; z sali „Świtezi” wyszedłem na zupełnie miękkich nogach i przez całe piętnaście minut (tyle trwała przerwa między seansami) siedziałem w bezruchu na murku dziękując niebiosom za to, że węgierski seans już się skończył.

Do dziś mam przed oczami – nie pamiętam z której edycji –zabawną scenę na dziedzińcu „Leśnika”: Marcel Łoziński (był wtedy jurorem) ze śmiertelną powagą rozważał z kolegami jurorami następującą kwestię: jeśli tylko jeden członek jury obejrzy pół jakiegoś filmu, to czy będzie to miarodajne dla obrad tego jury?

Pamiętam, jak Włodek Piekarski (jeżdżący wtedy chyba Polskim Fiatem 125) cofając rankiem wóz na dziedzińcu „Leśnika” wjechał w jakiś słupek. Wyskoczył z auta, rozejrzał się dookoła, wyciągnął z bagażnika duży młotek – i powodując ogólną pobudkę – kilkoma mocnymi uderzeniami wyprostował wgięcie. I pojechał…

Pamiętam, jak „Misio” Milczarkiewicz tryumfalnie wracał z wyprawy łódką motorową na jezioro Łagowskie trzymając dumnie w rękach prawie czterokilogramowego szczupaka. I jeszcze twierdził, że wyciągnął go z wody gołymi rękami…

Grupa z Zielonej Góry dowodzona przez Dyrektora Kawalę – to był i jest wspaniały zespół. Posiadana wiedza filmowa, zapał do wykonywania wszelkich niezbędnych działań – a pojawiały się bardzo często i niespodziewanie. W połączeniu z siłami wolontariuszy byli w stanie rozwiązać wszelkie problemy małe i duże. Chyba, że zabrakło jakiegoś filmu. Wtedy albo w błyskawicznym tempie zmieniano grafik projekcji, albo działo się tak jak w roku 2010 przy retrospektywie filmów z Aleksandrem Żabczyńskim, kiedy kopie z Filmoteki nie dotarły na czas. Wielki Biały Ojciec w poniedziałek o dziewiątej wieczorem wsadził mnie z dwoma kierowcami w jeden z dyspozycyjnych samochodów i – wiedząc, że mam potrzebne filmy w domu na płytach – wysłał do Warszawy. Pokaz w „Basztowej” startował o dziewiątej rano; pięć minut przed rozpoczęciem wręczyłem płyty operatorowi. Warto było tłuc się całą noc po to, żeby zobaczyć ulgę na twarzy Dyrektora imprezy.

Rzadko widziałem na jego twarzy zaskoczenie. Pierwszy raz zobaczyłem je chyba w 2001 albo 2002 roku; staliśmy w kończącą imprezę niedzielę na dziedzińcu „Leśnika”. Było już po pożegnaniach z kolejną grupą wyjeżdżających, po „strażackich” fotografiach zespołowych dowodzonych przez Wandę Mirowską i Ewę Werner. Rozmawialiśmy o tym co się udało, a co nie – i nagle wjechał samochód, z którego wyskoczył Piotr Szulkin ze słowami: „Melduję się na tegorocznej imprezie.” Andrzej Kowala najpierw skamieniał, a potem szybko ogłosił: „Właśnie wczoraj ją zamknęliśmy.” Reżyser popatrzył z pełnym niezrozumieniem, usiadł na jednej z ławek, milczał przez jakieś 20 minut – po czym wsiadł do swego auta i bez słowa odjechał.

W edycji 2011 zakończenie było również niesamowite: w trakcie spożywania tradycyjnego dzika gdzieś koło północy pojawił się białoruski reżyser Aleksandr Kołbyszew. Prezentował w czwartek swój film „Wilki”, w sobotę w południe został przewieziony na stację, gdzie wsiadł do pociągu mającego zawieźć go bezpośrednio do Mińska. Aleksandr dał się zapamiętać ze spożywania dużych ilości wszelkich biopaliw; okazało się, że w Poznaniu niespodziewanie wyszedł ze swego pociągu, by uzupełnić zapasy na drogę, a kiedy wrócił na peron – mógł tylko za Marino Marinim zaśpiewać: „Nie płacz, kiedy odjadę…” Nie miał przy sobie nic poza butelką: dokumenty, walizki, wszelkie jego dobra odjechały na wschód. Ubłagał jakiegoś taksówkarza, by ten przywiózł go do Łagowa – i przybiegł na pożegnalne ognisko z okrzykiem „Wykupcie mnie, zapłaćcie temu kierowcy!” Cóż było robić? Wielki Biały Ojciec i Jura Stułow (wieloletni przedstawiciel białoruskich filmowców w Łagowie) natychmiast skontaktowali się telefonicznie z konsulem białoruskim (trzeba było załatwić sprawy paszportowe), służbami granicznymi (trzeba było odzyskać zostawione w pociągu dokumenty i walizki) – a przede wszystkim trzeba było zapłacić uprzejmemu poznańskiemu taksiarzowi. Kołbyszew został położony spać; kiedy następnego dnia wsadzano go do kolejnego pociągu, Jura Stułow minę miał nieszczególną, a na twarzy Dyrektora Kawali malowała się niewysłowiona ulga…

Byłem świadkiem, z jaką sprawnością zielonogórska ekipa potrafi działać, kiedy na jedną z edycji wspaniały wykładowca, profesor Jerzy Toeplitz, przyjechał wraz z przeuroczą żoną Izą – lawetą pomocy drogowej (po drodze mieli stłuczkę); w ciągu trzech dni samochód profesora był już naprawiony, choć warsztatu trzeba było szukać dość daleko.

Kiedy skończyła się epoka filmowego lektorowania (wszyscy przeszli na napisy) – Dyrektor Kawala wymyślił coś, co sprawdziło się znakomicie: Waldkowi Wilkowi i mnie zaproponował organizowanie miniretrospektyw tematycznych. Prezentowane najpierw w łagowskiej bibliotece, obecnie w „Leśniku” w sali „Za rogiem” – cieszą się sporym zainteresowaniem. „Małe formy mistrzów kina”, „Zapomniane perły kina polskiego”, „Wielcy znani – zapomniani”, przypomnienia monograficzne, rocznicowe, tematyczne… dla każdego coś miłego i ciekawego.

Jest w atmosferze Lubuskiego Lata Filmowego coś, co pozwala wszystkim – widzom, twórcom, obsługującym – czuć, że są tu naprawdę potrzebni, że stanowią część czegoś wielkiego. Poczucie wspólnoty interesu, wiara w to, że pomimo różnic wieku, zdań, często odmiennego widzenia świata – łączy nas powstała pod koniec lat sześćdziesiątych niepowtarzalna impreza, dla której warto czasami nie dospać i pomęczyć się. Czujemy, że ładujemy akumulatory na cały następny rok – i że to, w czym uczestniczymy, jest nam i wszystkim naprawdę potrzebne.

Choćby po to, by co roku na początku kolejnej edycji witać naprawdę dobrych znajomych, a na zakończenie Lubuskiego Lata Filmowego mówić: do zobaczenia za rok. I robić to z pełnym przekonaniem

Czegóż więcej trzeba?

Grzegorz Pieńkowski – historyk kina, przewodniczący PF DKF

W czołówce światowych festiwali • Radosław Piwowarski

900 600 llf

W zeszłym wieku dużo jeździłem po festiwalach. Wiele było niezwykłych. Dla mnie najciekawsze były: Moskwa, San Sebastian i Łagów. Na MFF w Moskwie nie było wiadomo do ostatniej chwili, gdzie, kiedy i co będzie puszczane, ale wszystkie bilety były wykupione w ciemno. Dla wybranych były nadzwyczajne bankiety – kawior, Pugaczowa, Michałkow, Hoffman, Kloss – wszystko świetne.

W San Sebastian podczas projekcji wpadali zamaskowani Baskowie, strzelali do sufitu, na bankietach: homary, ośmiornice, toreadorzy, król Juan Carlos, Kieślowski – świetne.

W Łagowie projekcje w amfiteatrze, komary, śliczne działaczki DKF. Zamiast bankietów dyskusje w Zamku, gdzie zawodowi ironiści popisywali się szydzeniem i kopaniem twórców, wzbudzając powszechną radość. Żaden festiwal na świecie nie mógł się czymś takim pochwalić.

Na „Pociąg do Hollywood” zaprosiłem kilkudziesięciu kleryków poznanych przypadkowo w mieście. Przyszli do amfiteatru w dwuszeregu pod opieką biskupa. Za „Marcowe migdały” dostałem Srebrne Grono, ale nigdy go nie zobaczyłem. W amfiteatrze po nagrodę z widowni zeszłą ładna dziewczyna, odebrała nagrodę i znikła. Za to w 2019 dostałem od dyrektora butelkę Lubuskiej Whisky. Było pyszne.

Lubuskie Lato Filmowe. Niepowtarzalne. Niech trwa i trwa.

Radosław Piwowarski – Reżyser i scenarzysta. Nagrodzony na LLF za „Marcowe migdały”

Łagowskie love story • Janusz Kijowski

872 600 llf

Był czerwiec 1976 roku. Jechaliśmy do Łagowa moim małym Fiatem. Trzej studenci łódzkiej „filmówki”: Krzysiek Wyszyński – operator, studiujący w Szkole już od siedmiu lat, Krzyś Tchórzewski – reżyser, o rok niżej ode mnie, no i ja – za kierownicą. Koledzy już po drodze obalali piwko za piwkiem, śmiejąc się ze mnie, że odmawiam towarzystwa… Postanowiłem sobie, że na miejscu nadrobię ten dystans i pokażę kolegom jak się można zabawić. Zatrzymałem samochodzik przed ośrodkiem domków campingowych „Promyk”; ruszyliśmy biegiem w kierunku jeziora, zrzucając po drodze zbędne ubrania. Ach, co za ulga – zanurzyć się w rześkiej, łagowskiej wodzie!

Biuro Festiwalowe mieściło się siedzibie Informacji Turystycznej, naprzeciwko Zamku. To był czas, kiedy na LLF mówiło się „stajnia”. Dyrektorem Festiwalu był bowiem Konior z Naczelnego Zarządu Kinematografii, a dyrektorem programowym Koniczek – krytyk, pisujący do tygodnika „Film”. Wyciągnęliśmy legitymacje studenckie i „na ładne oczy” udało nam się wyłudzić zakwaterowanie w domku nr 16, na „Promyku” właśnie.

Domek, jak na gierkowskie czasy, był luksusowy. Dwie sypialnie, salon z rozkładaną wersalką, łazienka z prysznicem i kącik kuchenny. Rzuciliśmy torby – każdy na swoje łóżko i kłusem udaliśmy się na Zamek. Tam krzyżowały się losy wszystkich festiwalowych gwiazd i gwiazdeczek. Królował, oczywiście, Janek Himilsbach; mniej hałaśliwi byli panowie Trzos-Rastawiecki, Chęciński czy Piwowski… Dla nas to była wycieczka do Hollywood! Piękna Ewa Milde i Joasia Szczepkowska chichrały się w kącie. Grała orkiestra grecka z Zielonej Góry; parkiet powoli się zapełniał. A ja – realizowałem swój ambitny plan: 4 pięćdziesiątki pod śledzika, potem kotlet schabowy „po żydowsku” i jeszcze 4. Kelnerkę zapytałem głupio: – Dlaczego „schabowy po żydowsku”? – Jak to dlaczego? – syknęła przez zaciśnięte wargi – Przecież z cebulką!

Nasza studencka zabawa rozkręciła się na dobre dopiero w „Piekiełku”. Tam był barek i był uroczy barman. Polewał nam po równo i reagował na nasze niewybredne dowcipy. Po północy byliśmy już nieźle wstawieni a dookoła robiło się pusto. To co, rozchodniaczka i do „Promyka”! – padła komenda. Barman wypił z nami. Czerwcowe powietrze nieco nas otrzeźwiło. Ale barman nas dogonił. – Zamknąłem budę, ale mam ze sobą flaszkę! – ukazał szyjkę półlitrowej butelki. – Mogę iść z wami? – Chodź! – powiedział któryś z Krzyśków.

W domku nr 16 okazało się, że miał dwie, czyli całego litra! Było późno, kiedy dobrnęliśmy do brzegu. Barman pożegnał się. Kiedy wyszedł – każdy ułożył się na swoim łóżku i zanim usłyszał chrapanie swoich przyjaciół – pogrążył się w zasłużonym śnie… Było jeszcze ciemno, kiedy poczułem na plecach czyjeś ciało. Odruchowo odepchnąłem intruza, który spadł na podłogę a potem wybiegł z mojej sypialni. Nie chciało mi się nawet odwracać, tylko warknąłem: – Aleś się schlał, Krzysiu!!! Śpij…!

Rano, koło 11-tej, umyci i wypoczęci ruszyliśmy na podbój jajecznicy do miejscowej jadalni. Patrzyłem kolegom w oczy, próbując odgadnąć: który to z Krzyśków miał wobec mnie niecny zamiar gwałtu, a może tylko pieszczoty…? Spuszczali wzrok. Rozmowa się nie kleiła. Oni też spoglądali na mnie spode łba. Po powrocie do naszego campingu nie wytrzymałem i wypaliłem: – Kurwa! Któryś z was, w nocy się do mnie dobierał… Rozumiem, że było wypite, ale który to? Krzysiek, operator, spojrzał na mnie: – Jezu, Jasiek, ja myślałem, że to ty głaskałeś mnie po jajach! A mały Krzysio, ze łzami w oczach, wystękał: – Zrzuciłem ze swoich pleców w nocy jakiegoś dużego faceta. Myślałem, że to ty, Wyszyna, albo… albo może ty, Janusz?

I wtedy spojrzeliśmy na wersalkę w salonie, gdzie spał mały Krzysio. Na jego poduszce leżał bukiecik polnych fiołków. – Barman! – krzyknęliśmy chórem.

Pobiegliśmy na Zamek. Barman zwolnił się rano i ślad po nim zaginął. Taka była nasza pierwsza noc Lubuskiego Lata Filmowego. Festiwalu, który – dla mojego pokolenia – był prawdziwą szkołą filmową i szkołą „obywatelskiego buntu”. Bez Łagowa nie byłoby ani Kina Moralnego Niepokoju, ani Studia Filmowego im. Karola Irzykowskiego. Tamte przyjaźnie przetrwały dekady…

Janusz Kijowski – Reżyser, scenarzysta i producent. Laureat nagrody na LLF za „Indeks”

Nawet nie wierzyłam, że to może być także moja historia • Małgorzata Imielska

900 600 llf
Małgorzata Imielska podczas spotkania po seansie na Lubuskim Lecie Filmowym

Łagów… Z tym miejscem łączy się dla mnie wiele, bardzo wiele wspomnień. Pamiętam, jak jeszcze przed maturą znalazłam w Magazynie Filmowym artykuł o historii festiwalu w Łagowie. O ludziach, którzy tam przyjeżdżali… Kiedyś nawet nie wierzyłam, że to może być także moja historia. Dziś jestem ogromnie dumna, że jestem częścią tego miejsca.

Pierwszy raz przyjechałam do Łagowa z Wojtkiem Szczudło, żeby pokazać nasz film dokumentalny „Przeżyć Afganistan” zrobiony w Studiu Kalejdoskop. Zachwyciła mnie tamtejsza publiczność, pamiętam, że o filmie gadaliśmy dłużej, niż przewidzieli to organizatorzy.

Olśniło mnie też samo miejsce; jezioro, lasy, niewielkie, urokliwe uliczki… Po prostu niezwykły klimat tego miejsca.

A o klimacie stanowią ludzie. Więc Andrzej, Andrzej Kawala. Człowiek, który od lat to wszystko organizuje. Dla mnie przyjaciel. Bardzo, po prostu bardzo sobie cenię rozmowy z nim. Mój szacunek budzi jego niezależność, on – cytując Milana Kunderę – nigdy nie „chodzi z tłumem”. Trudno powiedzieć, ile razy poukładał mi świat…

Ale Łagów to jeszcze Andrzej Werner, mój profesor z licealnego klubu filmowego – to on pierwszy pokazywał mi i moim przyjaciołom wszystkie najważniejsze obrazy światowego kina. I Wanda Mirowska, cudowna, wspaniała, z którą spędziłam długie godziny na rozmowach o filmach. I jeszcze Istvan Krastel… I Basia Krzepkowska, fantastyczna, wspierająca… I Luśka, moja cudna Luśka Korb-Mann, przyjaciel, przyjaciółka… Wiele godzin przegadanych, wiele wspólnych montaży…

A z ostatniego roku pamiętam rozmowy z Robertem Glińskim, Tamarą Owczarską, z Anią i Januszem Zaorskim, i Anią, i jeszcze Sławkiem Fijałkowskim, Piotrkiem Jaworskim, Kamilem Skałkowskim… To wszystko nas buduje. Bo dobre spotkania z ludźmi, to jak powietrze.

Pamiętam ogromną radość i wzruszenie, gdy mój film dokumentalny „Miłość i puste słowa” dostał w Łagowie Złote Grono. To była pierwsza nagroda dla tego filmu; otworzyła mi drogę do innych międzynarodowych festiwali. Pamiętam kolejną radość – to było rok później – gdy mój debiut fabularny „Wszystko dla mojej matki” dostał wyróżnienie. I pamiętam jeszcze rozmowy z publicznością. Te na sali kinowej, ale i te w kawiarni czy na ulicy. Takie nieplanowane, po prostu spontaniczne. To wielka magia Łagowa, że można tam być bardzo blisko publiczności.

Takie momenty, to cenne wspomnienia. Daję siłę, by starać się o nowe projekty. Bo można sobie wyobrażać, że znów przyjedzie się do Łagowa, że znów pokaże film i pogada z publicznością. Więc niech Łagów trwa, trwa jak najdłużej… Ja tam wracam jak do domu.

Małgorzata Imielska – reżyserka, scenarzystka i producentka. Laureatka nagrody na LLF za „Wszystko dla mojej matki”

Kilkudniowa przerwa od szybkiego wielkomiejskiego życia • Kuba Armata

900 600 llf

Od chwili, kiedy po raz pierwszy przyjechałem na Lubuskie Lato Filmowe do Łagowa, a było to w 2015 roku, miejsce to w równej mierze co z kinem, kojarzy mi się z naturą. Pamiętam dokładnie ten pierwszy festiwalowy moment. Ciepły letni wieczór, płynący z Amfiteatru blask świateł i próba nagłośnienia, które zwiastowały, że za moment festiwal zostanie uroczyście zainaugurowany. Wokół tylko szum lasu oraz przyjemny chłód ciągnący od wody. Wszystko nagle zwolniło, stanowiąc dobrą zapowiedź wyjątkowego klimatu tej imprezy, z którego jeszcze wtedy zupełnie nie zdawałem sobie sprawy. Festiwalu, choć programowo intensywnego, będącego kilkudniową przerwą od szybkiego wielkomiejskiego życia. To uczucie towarzyszy mi stosunkowo rzadko, a w Łagowie paradoksalnie powraca bardzo często. Bo choć miałem okazję być na wielu festiwalach, zarówno polskich, jak i europejskich, trudno mi przypomnieć sobie drugi taki, gdzie w trakcie przerwy między projekcjami mogłem wykąpać się w jeziorze, wypożyczyć ze znajomymi rowerek wodny czy przejść się na spacer do lasu.

W Łagowie jak na dłoni widać piękno natury, ale także jej potęgę. Opady deszczu to zazwyczaj coś, co akurat kiniarzy czy organizatorów festiwali niespecjalnie powinno martwić. Bo skoro na skutek warunków atmosferycznych chwilowo nie można skorzystać ze wspomnianych okolicznych uroków, wysoka frekwencja na pokazach wydaje się być gwarantowana. Nie inaczej było przed popołudniową konkursową projekcją filmu Michała Rosy „Szczęście świata” przed czterema laty. Jako że miałem prowadzić spotkanie z reżyserem po seansie, pojawiłem się przed salą projekcyjną chwilę wcześniej, by przywitać się i krótko porozmawiać z panem Michałem. Nie było to wcale takie łatwe, bo na dole kotłował się już tłum widzów. Z jednej strony oczekujących na projekcję, z drugiej – desperacko próbujących choć trochę się osuszyć. A to dlatego, że niemal w jednej chwili przyjemny letni deszczyk zamienił się w prawdziwe oberwanie chmury i istny pogodowy Armagedon.

Gdy projekcja delikatnie się opóźniała, postanowiłem wejść na salę i wybadać sytuację. Nie zapomnę pierwszego słowa, jakie wtedy usłyszałem. Ktoś krzyknął: „powódź”, a ja zobaczyłem organizatorów uwijających się jak w ukropie z mopami i rozstawiających wiadra tam, gdzie akurat… zaczął przeciekać dach. Piękna natura pokazała pazur. Bo choć projekcja finalnie się odbyła, już do samego jej końca wiadra zostały na swoim miejscu i tylko co jakiś czas słychać było spadającą ze stropu kroplę. Muszę przyznać, że spotkania w takich okolicznościach jeszcze chyba nigdy nie miałem okazji prowadzić. Podobnie zresztą jak Michał Rosa, który podszedł do całej tej sytuacji z dużym poczuciem humoru. Ostatecznie ta osobliwa projekcja okazała się dla niego bardzo szczęśliwa, bo kilka dni później wyjechał z Łagowa z najcenniejszym festiwalowym laurem, czyli Złotym Gronem. A nam pozostało tylko uśmiechnąć się (choć początkowo nikomu nie było do śmiechu) i oczekiwać dalszych przygód podczas kolejnych edycji Lubuskiego Lata Filmowego.

Kuba Armata – krytyk filmowy

W tak pięknych okolicznościach przyrody… • Jerzy Armata

900 600 llf

To powrót sentymentalny. Na Lubuskie Lato Filmowe zacząłem jeździć podczas studiów, w połowie lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Ostatni raz byłem tam w 1981 roku, kiedy to na zakończenie festiwalu Andrzej Wajda pokazywał w łagowskim amfiteatrze jeszcze ciepłą kopię „Człowieka z żelaza”. Wróciłem do Łagowa trzydzieści lat później. I mam nadzieję, że już nie opuszczę go aż do…

W tamtych latach była to nieco inna impreza, przede wszystkim – w całości poświęcona rodzimej kinematografii. Warto pamiętać, że Lubuskie Lato Filmowe powstało w 1969 roku, a więc pięć lat przed Festiwalem Polskich Filmów Fabularnych w Gdańsku (od 1987 w Gdyni). Przyjeżdżały wtedy do Łagowa tłumy filmowców i turystów spragnionych obcowania z rodzimą X Muzą – na ekranie i w realu. Przed południem zażarte dyskusje w Zamkowej, potem – łódki lub kajaki, po południu – seans w kinie Świteź, piwo Pod Basztą, wieczorem – amfiteatr, a po ostatniej projekcji – wiadomo, wszak „noce takie były upalne”…

Nie ma już kina Świteź, w Zamku – jak czytam na jego stronie internetowej – konferencje, szkolenia, zjazdy, sympozja, prezentacje firm oraz spotkania integracyjne, Pod Basztą – pustawo, tylko noce pozostały upalne (a komary spać nie dają), zwłaszcza w Ośrodku Wypoczynkowym „Leśnik”, w którym Andrzej Kawala ze swoją ekipą kontynuuje festiwal, starając się „ocalić od zapomnienia” jego dobre imię. A czyni to kompetentnie, sympatycznie i z ogromnym sercem. – Ten człowiek to „kawala serca” – powiedział o dyrektorze LLF Jacek Bławut na scenie łagowskiego amfiteatru, odbierając przed kilku laty Złote Grono za całokształt twórczości.

Festiwali coraz więcej, w kraju i za granicą – większych, bogatszych, bardziej wypasionych, ale Lubuskie Lato Filmowe pozostaje tym najbardziej ulubionym. Po pierwsze, to jeden z pierwszych festiwali, na których miałem przyjemność osobiście być, a starym miłościom staram się pozostawać wierny, po drugie – bo tak nieprawdopodobnych przygód filmowych chyba już nigdy i nigdzie nie przeżyłem. Kiedyś w kinie Świteź, bodaj w 1973 roku, miałem okazję obejrzeć „Rejs” Marka Piwowskiego – nagle i niespodziewanie – w towarzystwie i z odautorskim komentarzem Jana Himilsbacha i Zdzisława Maklakiewicza, osiem lat później w festiwalowym amfiteatrze – przywiezioną na motocyklu w ostatniej chwili – jeszcze gorącą kopię „Człowieka z żelaza” Andrzeja Wajdy.

Albo niezapomniane przedpołudniowe konferencje prasowe prowadzone przez Ryszarda Koniczka, ówczesnego redaktora naczelnego „Kina”, często przerywane przez niesfornego Jasia czy któregoś z jego kompanów, głownie Zdziśka, czy długie nocne futbolowe dyskusje z Krzysztofem Mętrakiem w Zamkowej. Jedna z nich przedłużyła się do dziewiątej rano, a to za sprawą rekonstrukcji historycznej tysięcznej bramki Pelego strzelonej 19 listopada 1969 roku w czasie meczu Santosu z Vasco da Gama, rozegranego na legendarnej Maracanie w Rio de Janeiro, podczas której Mętrak wcielił się w legendarnego piłkarza, a mnie obsadził w roli pokonanego bramkarza (za piłkę posłużyła nam puszka po soku pomidorowym, a za bramkę szafa grająca). Po strzeleniu tysięcznej bramki mój mentor wziął łódkę i wypłynął na jezioro, by się nieco zrelaksować, tym bardziej że w samo południe miał wygłosić referat podczas tradycyjnego seminarium odbywającego się rokrocznie na łagowskim Zamku. Na nic się zdały nawołania organizatorów do odpoczywającego na środku jeziora referenta. Nawoływania słyszał, ale mógł na nie tylko zareagować bezradnym rozłożeniem rąk. Wcześniej wyrzucił wiosła…

Łagowa dla kina nie odkryli jednak festiwalowicze pod koniec lat 60. ubiegłego wieku, a dokonał tego piętnaście lat wcześniej Jan Rybkowski, umieszczając tu akcję swego przejmującego dramatu wojennego „Godziny nadziei”, który obejrzałem prawie przed półwieczem, podczas mojego pierwszego pobytu na Lubuskim Lecie Filmowym. Tu znaleźli schronienie w ostatnich dniach wojny ludzie różnych narodowości – więźniowie obozów koncentracyjnych, wywiezieni na przymusowe roboty, jeńcy amerykańscy, w lasach ukryły się niedobitki oddziału Waffen-SS, a na rogatkach Łagowa stanęły radzieckie czołgi…

I zostały na dłużej. Kiedyś, w latach siedemdziesiątych, postanowiłem razem z przyjaciółmi obejść Jezioro Trześniowskie. Wyzwanie nie lada, bo to blisko 15 kilometrów, a my byliśmy już dość umęczeni atrakcjami życia festiwalowego. Na szczęście, mniej więcej w połowie drogi, wyskoczył z krzaków żołnierz z karabinem w spadającym na oczy hełmie z czerwoną gwiazdką i krzyknął: „Dalsze nielzia!”.

Teraz, na szczęście, takie atrakcje już nie grożą. Kilka lat temu, spacerując po Łagowie, natknąłem się, równie niespodziewanie, na dawno niewidzianego kolegę. Okazało się, że przebywa tu z grupą młodzieży z jednego z bydgoskich liceów i kręcą film. Pokazali go rok później podczas Lubuskiego Lata Filmowego. Noblesse oblige.

Spaceruję ulicą Kościuszki. Mija mnie młoda kobieta z córeczką. Dziewczynka liże lody. Przypomina się pewna scena sprzed lat. – Daj polizać – zwraca się do dziewczynki siedzący na schodkach mijanej knajpy Jan Himilsbach. – Aniu, chodź, nie zwracaj uwagi na tego pijaka – mówi do dziecka zdenerwowana matka. – Mamo, to nie jest żaden pijak, to znany pisarz i aktor, pan Jan Himilsbach – tłumaczy mamie przejęta dziewczynka. – No i jak ci, stara k… – odzywa się, jak się okazało, wczorajszy solenizant. Uśmiecham się pod nosem. Dziewczynka i jej mama odwzajemniają uśmiech. A może mi się tylko wydawało…

Jerzy Armata – krytyk filmowy i muzyczny

Łagów wabi jak piękny, różnobarwny kwiat • Andrzej Goleniewski

900 600 llf

W spotkaniach z nowymi ludźmi, miejscami, zjawiskami, od zawsze szalenie ważne dla mnie jest pierwsze wrażenie towarzyszące poznaniu, wywierane zarówno przez jego przedmiot, jak i wszystkie towarzyszące temu okoliczności. W mojej pamięci pierwsze wrażenie po przyjeździe do Łagowa w roku 1993 było zdominowane przez owe „okoliczności”, o czym zdecydowała wyjątkowość miejsca w jakim się znalazłem, wywołujące poczucie swoistego genius loci Łagowa i jego okolic.

Nie miałem wcześniej pojęcia, że jest w Polsce takie miejsce, w którym przyroda i człowiek potrafili stworzyć coś tak urokliwego, harmonijnego i – to dla mnie szczególnie ważne – wyabstrahowanego od symbolicznej „reszty świata”. Można powiedzieć, że w takich okolicznościach festiwal filmowy jest skazany na sukces i w pewnym sensie tak jest. Banalne, acz prawdziwe stwierdzenie, że o sukcesie tego typu wydarzeń decydują ludzie, prowadzi mnie w tym wypadku do kwestii – dlaczego wśród twórców i gości festiwalu w Łagowie było zawsze tak dużo postaci wyjątkowych? I w tym wypadku skłaniam się do wywołania wspomnianego wcześniej genius loci Łagowa, powodującego tak częste i charakterystyczne dla tej imprezy powroty, czy wręcz stałe, regularne pobyty dużej grupy gości, których Łagów wabi jak piękny, różnobarwny kwiat. W efekcie, w tym cudownym miejscu pojawiali się (i z pewnością nadal będą się pojawiali) cudowni ludzie. A genius loci Łagowa powoduje, że zawiązywane tutaj relację mają szansę na zupełnie inny charakter, niż te zapoczątkowane na innych imprezach czy przy okazjach zawodowo-towarzyskich.

W czasie już ponad 25-letniej mojej historii na festiwalu w Łagowie – w trakcie której nie było mnie tam może dwa, trzy razy – mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że każdy festiwal był trochę inny: były wyjazdy bogate filmowo, były wypoczynkowe, zdarzały się bardzo pracowite, atrakcyjne dla kibiców piłkarskich, emocjonujące, zimne (to o pogodzie), sportowe itd., itd. Ale prawie każdy festiwal to niespodzianka: bardzo często programowa, ale równie często także towarzyska czy „filmowa inaczej”.

Bardzo ważnym elementem budującym taki właśnie wizerunek festiwalu jest jego stabilność. Długa i bogata historia imprezy organizowanej na podobnych założeniach programowych i organizacyjnych zbudowała zaufanie wśród gości, sponsorów i mieszkańców miasta i jego okolic. A w największym stopniu na owo zaufanie zapracował „ojciec-dyrektor” festiwalu Andrzej Kawala. Przez wszystkie te lata, w których przygotowywał i realizował festiwal był jego prawdziwą ostoją, niczym skała, o którą rozbijały się niezliczone problemy związane z imprezą. Zawsze emanował spokojem i profesjonalizmem, który dawał gościom poczucie bezpieczeństwa i komfortu – budujących opisaną wyżej atmosferę imprezy.

Przed rozpoczęciem kolejnego 50-lecia festiwalu chciałbym życzyć jego organizatorom utrzymania wysokiego poziomu artystycznego imprezy, ciągłego zwiększania liczby jej fanów oraz wychowania nowego pokolenia realizatorów festiwalu, którzy z powodzeniem przejmą odpowiedzialność za podtrzymanie pięknej tradycji i historii imprezy. Sobie życzę, żebym jak najdłużej mógł być tego świadkiem…

Andrzej Goleniewski – Sieć Kin Studyjnych i Lokalnych

Nawet ból głowy w Łagowie ma swój urok – Krzysztof Gierat

900 600 llf

Pierwsza wizyta, to rok 1970. Jestem między podstawówką a liceum ogólnokształcącym. Mieszkam w od paru lat w Suchej Beskidzkiej, gdzie urodził się Billy Wilder, ale wtedy nikt oprócz niego o tym nie wie. Wakacje spędzam u rodziny w Żarach, więc kupuję bilet i udaję się PKS-em do Zielonej Góry, a potem do Łagowa. Nic nie pamiętam z tego mojego pierwszego festiwalu w życiu, być może nie byłem na żadnym pokazie w amfiteatrze, bo trzeba było wracać przed nocą. W głowie mam tylko snujące się po miasteczku grupy długowłosych młodych ludzi, wszak był to czas hippisów. Wszyscy dzierżyli w rękach po butelce mleka i suchej bułce – podstawowy jadłospis. Wśród nich wypatrzyłem Zdzisława Maklakiewicza z Janem Himilsbachem, ale oni mieli raczej inne wyposażenie gastronomiczne. Po wakacjach dumnie wkroczyłem do pierwszej klasy LO ze znaczkiem festiwalowym w klapie.

Potem nastąpiły liczne wizyty zawodowe. W roku 1984 zacząłem prowadzić Klub Sztuki Filmowej Mikro w Krakowie. Ważnym elementem Lubuskiego Lata Filmowego były wtedy seminaria filmoznawcze. Jako że festiwal był zawsze rodzinny i życzliwy dzieciom, zaczęliśmy bywać z żoną Bożeną (sporo wówczas pisała o filmie) i małą córką Marynią, która z zapałem uczestniczyła w wykładach, skrzętnie notując. Notatki się nie zachowały, ale w jej pamięci pozostał seans komedii erotycznej „Och, Karol” w amfiteatrze. Wczesna edukacja filmowa pomogła jej zapewne w przygotowaniach do ciężkiej pracy kiniarza, którą kontynuuje od lat, prowadząc wspólnie z mamą Kino Pod Baranami.

Ponownie zacząłem bywać na Lubuskim Lecie Filmowym po dłuższej przerwie już jako juror, począwszy od 2007 roku. Nagradzaliśmy kolejno: „Wyspę” Pawła Łungina, „Papuszę” Joanny Kos-Krauze i Krzysztofa Krauzego oraz „Zimną wojnę” Pawła Pawlikowskiego. Rosyjskiego reżysera spotkałem potem na malowniczym Festiwalu Tarkowskiego, któremu szefował. Z dumą obwieściłem, że nasze jury dało mu Grand Prix w Łagowie, a on na to, że jej nigdy nie dostał. Natychmiast zadzwoniłem do dyrektora Kawali z interwencją. Ten kategorycznie zaprzeczył. Widać służby naszego wschodniego sąsiada przechwyciły trofeum, co było dość częstym przypadkiem, głównie za komuny. Sam dorabiałem Złotego Smoka Krakowskiego Festiwalu Filmowego jednemu z rosyjskich laureatów, który wyemigrował do Izraela.

Co tu dużo mówić, równie ważne jak program są tu „okoliczności przyrody”, familijna atmosfera, „skoszarowanie” w Leśniku i… smażalnia ryb! Nigdzie nie ma tak zróżnicowanego i pysznego asortymentu. A i posłuchać można przy okazji opowieści, które rymują się z tymi festiwalowymi. Kiedyś przysiadła się do mnie gromadka dzieciaków (dorośli łypali okiem od sąsiedniego stolika) i przepytała mnie jak w studiu telewizyjnym: skąd jestem, co tu robię i dlaczego. Po jakimś czasie przystąpiłem do kontrataku i otrzymałem precyzyjne informacje, łącznie z tą, że mama najmłodszej nie przyjechała na rybkę, bo „wcoraj była implezka i głowa ją boli”. Wyobrażam sobie jak bardzo mogła następnego dnia boleć głowa mojego przyjaciela, dziennikarza telewizyjnego, którego podczas festiwalowej imprezki odprowadzaliśmy kilkakrotnie do hotelu, a ten jak bumerang wracał gotowy do dalszych uciech i swawoli. Inna sprawa, że nawet ból głowy w Łagowie ma swój urok. Jak wszystko tutaj.

Krzysztof Gierat – filmoznawca, dyrektor artystyczny Krakowskiego Festiwalu Filmowego

Łagów będzie zawsze milowym kamieniem w moim artystycznym życiorysie • Jerzy Stuhr

810 600 llf
Jerzy Stuhr (pierwszy z prawej) z synem Maciejem podczas Lubuskiego Lata Filmowego • fot. Tomasz Gawałkiewicz

Dla mnie Festiwal w Łagowie w czasach mej młodości w latach 70. był jedną z najważniejszych (a może najważniejszą) imprezą filmową. Tam kształtowało się oblicze nowego filmowego pokolenia. Uczestnictwo w tym festiwalu było dla młodego pokolenia nowego polskiego filmu niezwykle ważnym miejsca spotkań mego środowiska. Nagroda na tym festiwalu była wielką nobilitacją i niezwykle ważnym znakiem dla naszych dalszych poszukiwań twórczych.

Kiedyś dostałem tam Złote Grono razem z Krystyną Jandą za nowe poszukiwania sztuki aktorskiej w polskim filmie – Krystyna za „Człowieka z marmuru”, a ja za „Wodzireja”. Były dla nas wielką wskazówką, że nasze poszukiwania nowego języka filmowego są słuszne i były dla nas wielkim potwierdzeniem naszego poszukiwania i odwagi w ryzyku twórczym. Do dzisiaj są jednym z moich najważniejszych nagród w mojej karierze.

Nagrody, które dostają się w młodości nie tylko pozostają w pamięci, ale mają wielkie znaczenie właśnie na początku kariery, kiedy może nawet intuicyjnie drążysz swoją nową twórczą drogę i dają bodziec i odwagę na cały twórcze życie. Nagrody dają młodemu artyście znak i potwierdzenie, że szukasz nowego Twojego oryginalnego języka twórczego. One mnie wtedy ukształtowało. Łagów będzie zawsze milowym kamieniem w moim artystycznym życiorysie!

Pozdrawiam

Jerzy Stuhr – aktor, reżyser, scenarzysta i producent. Laureat nagród w Łagowie za „Wodzireja” i „Historie miłosne” oraz tytułu „Gwiazda Filmowego Sezonu”

W Łagowie dobrze zaciągnąć ręczny • Wojtek Smarzowski

900 600 llf
Wojtek Smarzowski podczas spotkania na Lubuskim Lecie Filmowym

Ja miałem ten niefart, że tam i z powrotem. A Łagów to miejsce z tych, że owszem, tam, ale nie za prędko z powrotem. Dlaczego? Bo w Łagowie czas płynie w innym tempie, dobrze zaciągnąć ręczny, wyłączyć telefon, niezbyt często sprawdzać maile. W trakcie Lubuskiego Lata Filmowego trzeba przede wszystkim oglądać filmy, rozłożyć siły na ich kontemplację w lokalach lub na reset w jeziorze, a nawet w dwóch jeziorach, albo w naturze, ewentualnie na zwiedzaniu poukrywanego. No i na rozmowach, bo kontakt oko w oko z człowiekiem to wciąż zanikający – nie tylko z powodu pandemii – ważny kolor bycia-współżycia. Widownia wspaniała, organizatorzy troskliwi, atmosfera rodzinna. Różni ludzie, różne pomysły i różne emocje, a wszystko klei miłość do oglądania filmów. Jeżeli zdarzy mi się kolejny raz, to na pewno inaczej nasmaruję narty. Grona w Łagowie łączcie się!

Wojtek Smarzowski – reżyser i scenarzysta. Nagradzany w Łagowie za „Różę” i „Kler”.

  • 1
  • 2