Łagów – z drugiej strony ekranu • Grzegorz Pieńkowski

Grzegorz Pieńkowski

Do Łagowa na Lubuskie Lato Filmowe po raz pierwszy przyjechałem w roku 1984. Byłem zwykłym uczestnikiem, choć z ramienia Filmoteki Narodowej, w której pracowałem od siedmiu lat. Nie byłem całkiem obcy – było tu wielu znajomych z ruchu DKF, z którymi stale współpracowaliśmy. Pierwsze wrażenie z Łagowa – które później potwierdzało się przy każdym pobycie – to odczucie bezpośredniości i bliskiego koleżeństwa ze wszystkimi obecnymi; praktycznie żadnych barier (poza przedstawicielami ministerstw i administracji lokalnej). Wszyscy z szeroko rozumianego środowiska filmowego traktowali się nawzajem jak w rodzinie – czuło się nieudawaną wspólnotę. Rozmowy, dyskusje, nawet spory na temat oglądanych filmów nie były wojną na śmierć i życie, a raczej próbą szczerego przedstawienia własnych osądów i przekonań – próbą wypracowania takiego rozumienia dzieł, które łączyłoby nas, a nie dzieliło.

Z uczestnictwa w pierwszych kilku edycjach pamiętam przede wszystkim długie nocne biesiady, w których owo poczucie bliskości wzmacniane było (trzeba to szczerze powiedzieć) intensywnym wchłanianiem różnych biopaliw – od produktów wytwórni państwowych do produktów rzemieślniczych ze słynną „wantułówką” na pierwszym miejscu. I – opowieści. Pełne anegdot, wspomnień, humoru przekonującego o tym, że wielkie postacie kinematografii to przede wszystkim zwykli ludzie, potrafiący wypowiadać się poprzez ekran – ale wcale nie pomnikowi. Przeciwnie wręcz. Tak jak w historii o tym, jak to któryś z nich wycofując się o jasnym świcie z imprezy na Zamku sturlał się ze schodów, wypadł – po odbiciu się od drzwi – w kierunku kaplicy i zaległ krzyżem na bruku przed nią, co przez idące na poranną mszę starsze łagowianki miało być przywitane stwierdzeniem: „Patrz pani, a mówili że te filmowce to bezbożniki…”

Kilka edycji później zaproponowałem Andrzejowi Kawali (dla przyjaciół – Wielkie Biały Ojciec) swoją pomoc w obsłudze lektorskiej i tłumaczeniu na żywo filmów bez polskiej wersji językowej; w rezultacie na długie lata stałem się polskim głosem przybliżającym filmy z Węgier, Litwy, Estonii, Łotwy, ZSRR, Niemiec… zawsze tam, gdzie nie było polskich napisów czy wgranego polskiego lektora. W efekcie wypadłem ze spotkań w biały dzień (poza konferencjami, na których tłumaczyłem gości rosyjskojęzycznych), siłą rzeczy ograniczając się do spotkań wieczorno-nocnych, skracanych w celu nabrania sił przed kolejnym dniem mikrofonowym. Mogłem natomiast spojrzeć z bliska na te część Lata, która umyka gościom i uczestnikom: na pracę zaplecza organizacyjno-administracyjnego.

Zrozumiałem wtedy, jaki ogrom pracy i sił jest wkładany w to, żeby wszystko odbywało się bez wstrząsów i niezauważalnie – tak, by nikt nie miał najmniejszych nawet kłopotów. Wielokrotnie byłem świadkiem jeszcze większego siwienia Dyrektora Kawali, muszącego rozwiązywać problemy zakwaterowania i łagodzącego zgrzyty powstające na styku wyższej administracji ze światem filmowców; szczególnie widoczne to było za panowania min. Dąbrowskiego, który miał nieprzyjemny zwyczaj patrzenia na wszystkich „z góry” – i nie chodziło tu wcale o jego wzrost. Z takich niespodziewanych zdarzeń pamiętam zajście z – jak zawsze eleganckim – Krzysztofem Zanussim. Przyjechał do Łagowa w połowie imprezy o bladym świcie (około piątej rano); na pytanie koleżanki z recepcji: „W czym mogę pomóc?” – powiedział, że chętnie zameldowałby swój przyjazd ministrowi Ścibor-Rylskiemu. Został połączony telefonicznie z apartamentem na Zamku, a że po krótkiej rozmowie minę miał dziwną – ośmieliłem się zapytać, co się stało. Usłyszałem: „Panie Grzegorzu, zgłosiłem panu Tadeuszowi swój przyjazd, na co powiedział żebym się odświeżył. Czy ja wyglądam na nieświeżego?” Muszę powiedzieć to z całą mocą: pan Krzysztof – jak zresztą zawsze – wyglądał „jak spod igły”.

Obsługa lektorsko-tłumaczeniowa bywała męcząca, czasami nawet bardzo. Szczególnie wtedy, gdy pierwszy seans obsługiwałem o dziewiątej rano, a ostatni… Zdarzyło się kiedyś, że ostatni seans danej doby zaczął się o trzeciej nad ranem: był to dodatkowy pokaz „Syndromu astenicznego” Kiry Muratowej. Tłumaczyłem go „na żywo”, z dźwięku. Na sali „Świtezi” było kilkanaście osób, wśród nich niezawodny Andrzej „Misio” Milczarkiewicz. Kiedy po dwóch i pół godzinie wyszliśmy z kina, spojrzał na zegarek i powiedział: „Słuchaj, jest ciepło, deszcz nie pada, pogadamy i o ósmej napijemy się piwa.” Więc zasiedliśmy w oczekiwaniu na piwo w ogródku piwnym przed wejściem do „Leśnika” – tam, gdzie teraz pyszni się drewniany niedźwiedź. I zastanawialiśmy się nad światem Muratowej, naszym i filmowym przez kolejne ponad dwie godziny.

Kiedyś na pół godziny przed pokazem węgierskiej „Poduszki Jadwigi” dostałem do ręki polską listę dialogową do tego filmu z informacją „Będziesz czytał ją jako pierwszy, tłumacz filmu nie widział”. Z lekka zdrętwiałem, bowiem taka informacja to zapowiedź oczywistych kłopotów. I rzeczywiście: na kopii nie było ŻADNYCH napisów obcojęzycznych, dialogi były – oczywiście – węgierskie (tego języka nie znam), a w trakcie pokazu okazało się, że w kopii i polskiej liście dialogowej jest inna kolejność scen. Jakoś z tego wybrnąłem robiąc zakładki z palców pomiędzy – na szczęście! – zaznaczonymi w tekście polskim scenami i czytając maszynopis z wyprzedzeniem; z sali „Świtezi” wyszedłem na zupełnie miękkich nogach i przez całe piętnaście minut (tyle trwała przerwa między seansami) siedziałem w bezruchu na murku dziękując niebiosom za to, że węgierski seans już się skończył.

Do dziś mam przed oczami – nie pamiętam z której edycji –zabawną scenę na dziedzińcu „Leśnika”: Marcel Łoziński (był wtedy jurorem) ze śmiertelną powagą rozważał z kolegami jurorami następującą kwestię: jeśli tylko jeden członek jury obejrzy pół jakiegoś filmu, to czy będzie to miarodajne dla obrad tego jury?

Pamiętam, jak Włodek Piekarski (jeżdżący wtedy chyba Polskim Fiatem 125) cofając rankiem wóz na dziedzińcu „Leśnika” wjechał w jakiś słupek. Wyskoczył z auta, rozejrzał się dookoła, wyciągnął z bagażnika duży młotek – i powodując ogólną pobudkę – kilkoma mocnymi uderzeniami wyprostował wgięcie. I pojechał…

Pamiętam, jak „Misio” Milczarkiewicz tryumfalnie wracał z wyprawy łódką motorową na jezioro Łagowskie trzymając dumnie w rękach prawie czterokilogramowego szczupaka. I jeszcze twierdził, że wyciągnął go z wody gołymi rękami…

Grupa z Zielonej Góry dowodzona przez Dyrektora Kawalę – to był i jest wspaniały zespół. Posiadana wiedza filmowa, zapał do wykonywania wszelkich niezbędnych działań – a pojawiały się bardzo często i niespodziewanie. W połączeniu z siłami wolontariuszy byli w stanie rozwiązać wszelkie problemy małe i duże. Chyba, że zabrakło jakiegoś filmu. Wtedy albo w błyskawicznym tempie zmieniano grafik projekcji, albo działo się tak jak w roku 2010 przy retrospektywie filmów z Aleksandrem Żabczyńskim, kiedy kopie z Filmoteki nie dotarły na czas. Wielki Biały Ojciec w poniedziałek o dziewiątej wieczorem wsadził mnie z dwoma kierowcami w jeden z dyspozycyjnych samochodów i – wiedząc, że mam potrzebne filmy w domu na płytach – wysłał do Warszawy. Pokaz w „Basztowej” startował o dziewiątej rano; pięć minut przed rozpoczęciem wręczyłem płyty operatorowi. Warto było tłuc się całą noc po to, żeby zobaczyć ulgę na twarzy Dyrektora imprezy.

Rzadko widziałem na jego twarzy zaskoczenie. Pierwszy raz zobaczyłem je chyba w 2001 albo 2002 roku; staliśmy w kończącą imprezę niedzielę na dziedzińcu „Leśnika”. Było już po pożegnaniach z kolejną grupą wyjeżdżających, po „strażackich” fotografiach zespołowych dowodzonych przez Wandę Mirowską i Ewę Werner. Rozmawialiśmy o tym co się udało, a co nie – i nagle wjechał samochód, z którego wyskoczył Piotr Szulkin ze słowami: „Melduję się na tegorocznej imprezie.” Andrzej Kowala najpierw skamieniał, a potem szybko ogłosił: „Właśnie wczoraj ją zamknęliśmy.” Reżyser popatrzył z pełnym niezrozumieniem, usiadł na jednej z ławek, milczał przez jakieś 20 minut – po czym wsiadł do swego auta i bez słowa odjechał.

W edycji 2011 zakończenie było również niesamowite: w trakcie spożywania tradycyjnego dzika gdzieś koło północy pojawił się białoruski reżyser Aleksandr Kołbyszew. Prezentował w czwartek swój film „Wilki”, w sobotę w południe został przewieziony na stację, gdzie wsiadł do pociągu mającego zawieźć go bezpośrednio do Mińska. Aleksandr dał się zapamiętać ze spożywania dużych ilości wszelkich biopaliw; okazało się, że w Poznaniu niespodziewanie wyszedł ze swego pociągu, by uzupełnić zapasy na drogę, a kiedy wrócił na peron – mógł tylko za Marino Marinim zaśpiewać: „Nie płacz, kiedy odjadę…” Nie miał przy sobie nic poza butelką: dokumenty, walizki, wszelkie jego dobra odjechały na wschód. Ubłagał jakiegoś taksówkarza, by ten przywiózł go do Łagowa – i przybiegł na pożegnalne ognisko z okrzykiem „Wykupcie mnie, zapłaćcie temu kierowcy!” Cóż było robić? Wielki Biały Ojciec i Jura Stułow (wieloletni przedstawiciel białoruskich filmowców w Łagowie) natychmiast skontaktowali się telefonicznie z konsulem białoruskim (trzeba było załatwić sprawy paszportowe), służbami granicznymi (trzeba było odzyskać zostawione w pociągu dokumenty i walizki) – a przede wszystkim trzeba było zapłacić uprzejmemu poznańskiemu taksiarzowi. Kołbyszew został położony spać; kiedy następnego dnia wsadzano go do kolejnego pociągu, Jura Stułow minę miał nieszczególną, a na twarzy Dyrektora Kawali malowała się niewysłowiona ulga…

Byłem świadkiem, z jaką sprawnością zielonogórska ekipa potrafi działać, kiedy na jedną z edycji wspaniały wykładowca, profesor Jerzy Toeplitz, przyjechał wraz z przeuroczą żoną Izą – lawetą pomocy drogowej (po drodze mieli stłuczkę); w ciągu trzech dni samochód profesora był już naprawiony, choć warsztatu trzeba było szukać dość daleko.

Kiedy skończyła się epoka filmowego lektorowania (wszyscy przeszli na napisy) – Dyrektor Kawala wymyślił coś, co sprawdziło się znakomicie: Waldkowi Wilkowi i mnie zaproponował organizowanie miniretrospektyw tematycznych. Prezentowane najpierw w łagowskiej bibliotece, obecnie w „Leśniku” w sali „Za rogiem” – cieszą się sporym zainteresowaniem. „Małe formy mistrzów kina”, „Zapomniane perły kina polskiego”, „Wielcy znani – zapomniani”, przypomnienia monograficzne, rocznicowe, tematyczne… dla każdego coś miłego i ciekawego.

Jest w atmosferze Lubuskiego Lata Filmowego coś, co pozwala wszystkim – widzom, twórcom, obsługującym – czuć, że są tu naprawdę potrzebni, że stanowią część czegoś wielkiego. Poczucie wspólnoty interesu, wiara w to, że pomimo różnic wieku, zdań, często odmiennego widzenia świata – łączy nas powstała pod koniec lat sześćdziesiątych niepowtarzalna impreza, dla której warto czasami nie dospać i pomęczyć się. Czujemy, że ładujemy akumulatory na cały następny rok – i że to, w czym uczestniczymy, jest nam i wszystkim naprawdę potrzebne.

Choćby po to, by co roku na początku kolejnej edycji witać naprawdę dobrych znajomych, a na zakończenie Lubuskiego Lata Filmowego mówić: do zobaczenia za rok. I robić to z pełnym przekonaniem

Czegóż więcej trzeba?

Grzegorz Pieńkowski – historyk kina, przewodniczący PF DKF

Może Ci się również spodoba