Czy kino wciąż jeszcze potrafi nas zaskoczyć? Maria Zbąska przekonuje, że tak. Rok po sukcesie „To nie mój film” wraca do Łagowa jako jurorka konkursu głównego Lubuskiego Lata Filmowego. Rozmawiamy z nią o widzach szukających „swoich filmów” i o tym, dlaczego czasem w pozornie najprostszych historiach kryje się największa siła.

Rok po wyróżnieniu dla „To nie mój film” na Lubuskim Lecie Filmowym wracasz do Łagowa w roli jurorki. Jakie myśli Ci towarzyszą?
Maria Zbąska: To jest magiczne miejsce. Poza czasem i przestrzenią. Zupełnie jakbym przeniosła się w idylliczny świat mojego dzieciństwa, który w sumie nie istniał, ale tak bym go sobie wyobrażała. Tam wszystko jest takie, jakby czas spowolnił.
Wszystko dzieje się w innej czasoprzestrzeni. Mogłam obejrzeć filmy, porozmawiać, popływać w jeziorze, wysłuchać prelekcji, pójść na tort i na koncert, pokazać swój film i spotkać się z publicznością – a byłam tylko dwa dni. Nie wiem, jak mi się to wszystko udało.
Miałam bardzo gorące przyjęcie, w kontraście dla tak zimnego filmu. Pierwszy raz, jak miałam projekcję, to poszłam popływać w jeziorze. Bardzo ucieszyłam z zaproszenia, bo wtedy byłam tylko na moment. W pędzie między jednym festiwalem a drugim. I to mnie tak na chwilę wyciszyło. Mam nadzieję, że teraz też wyciszy i będę mogła obejrzeć więcej.

Co najbardziej zapamiętałaś z ubiegłorocznego pobytu i spotkań z widzami?
M.Z.: Cały ten rok był bardzo intensywny, bo tak naprawdę przemierzałam świat i Europę z jednego festiwalu na drugi, a jeszcze w Polsce te festiwale prawie się na siebie nakładają. Pamiętam widzów, pamiętam ich twarze i to, co mówili, ale nie umiem dziś powiedzieć, kto dokładnie co powiedział.
Przypominam sobie jednak, jak ktoś czytał program i zastanawiał się, czy warto iść na mój film z rodziną. Powiedziałam wtedy, że widziałam ten film i moim zdaniem warto. Później podziękowali mi za tę rekomendację.
Zatem podzielili Twoją opinię.
M.Z.: Na szczęście mam taki film, który jest ciepło odbierany, więc jestem rozpieszczona przez widzów.
Czy po tych spotkaniach masz poczucie, że współczesny widz przychodzi do kina z konkretną potrzebą?
M.Z.: Uważam, że widzowie cały czas szukają filmów, ale bardzo trudno o informację, czym dany film jest. Gubimy się w tysiącach tytułów. Nie ma jasnego przekazu. Wojtek Smarzowski ma świetne filmy i ludzie idą na niego, bo wiedzą, jakiego kina się spodziewać. Często nie chcemy ryzykować ani czasowo, ani finansowo z filmami, o których niewiele wiemy. Wydaje mi się więc, że najważniejsze jest informowanie. I tutaj dziennikarze oraz krytycy odgrywają ogromną rolę. Uczciwe sprecyzowanie, czym jest film i dla kogo został zrobiony, jest istotne, bo widzowie szukają swoich filmów.
Festiwale pod tym względem są niezwykłe, bo mają swoją markę, renomę i zaufanie widza. Mniej więcej wiemy, czego po jakim festiwalu możemy się spodziewać. Lubuskie Lato Filmowe to kino międzynarodowe z tej najwyższej półki, więc my na tle tego kina międzynarodowego wciąż wypadamy gorzej i nie ma co się krygować. Oczywiście co roku mamy jeden czy kilka wybitnych tytułów, które się przebijają, ale w porównaniu do kina rumuńskiego, to raczej jeszcze nie mamy szans.

Festiwale pełnią funkcję filtra?
Festiwale mają ten filtr. Dobrze mieć taką przestrzeń i miejsce, gdy ufamy festiwalowi, osobom wybierającym filmy, komisjom czy dyrektorowi.
Jaki filtr stosujesz, gdy szukasz filmu dla siebie?
M.Z.: Ja mam łatwo. Dzwonię do Michała Oleszczyka i pytam się, na co iść. Mam tę cudowną możliwość i szczęście przyjaźnić się z Michałem. Zdanie krytyka, jeśli mu się ufa, jest niezwykle ważne. Czasem idzie się za jego zdaniem, a czasem wbrew temu krytykowi, ale to zawsze jest jakiś dialog.
Czy twórcy mogą dziś świadomie pomóc widzowi odnaleźć swój film?
M.Z.: Tutaj twórcy są bezradni, dlatego, że żyjemy w świecie zalewu informacji. Walczymy o filmy, ale to jest ogromna praca dystrybutorów, którzy powinni lepiej się komunikować i nowocześniej przedzierać przez social media.
Kino wciąż jednak może być odkryciem?
M.Z.: Ja w ogóle nie wierzę, że może nie być. Chociaż nic już nie istnieje bez wsparcia reklamowo-socialmediowego, to ludzie naprawdę chcą chodzić do kina. Po pandemii kino skandynawskie miało swój własny program, żeby się odbić i się odbiło.
Widzę to w mniejszych miejscowościach, do których jeździłam ze swoim filmem. Pojechałam do każdego widza. Tam, gdzie mogłam. Czasami byłam w miejscach, w których myślałam, że na spotkanie przyjdą może dwie osoby. Później okazywało się, że kino jest pełne, ponieważ ludzie mieli informację na przysłowiowym słupie o tym, że tego dnia jest pokazywany film i po prostu wiedzą, a my się gubimy…
Gdy miałam przedpremierowy pokaz w Warszawie, to dostawałam telefony, czy mogę załatwić wejściówki, bo bilety były wyprzedane od trzech tygodni. Trzy dni później były kina, w których pojawiło się pięcioro widzów. Ten sam film, a dwa różne kina potrafią przyciągnąć lub odciągnąć widza.
Z dystrybucją mojego filmu było też tak, że zanim wszyscy zorientowali się, że on jest, to zszedł z ekranów. Kina, które go wytrzymały, grały go jednak bardzo długo. Musiały wytrzymać czas, kiedy on zaczął się rozprzestrzeniać inną drogą.
Bardzo łatwo przegapić więc film, nawet wiedząc, co chce się zobaczyć. Czasem wystarczą dwa tygodnie i jest po filmie. Trzeba go potem szukać, wyławiać. Dzisiaj denerwuję się, że jak nie pójdę na „Milczącą przyjaciółkę”, to w przyszłym tygodniu mogę nie mieć już szansy. Jest dużo pokazów naraz, ale filmy szybko znikają.

Co daje Ci poczucie, że oglądasz coś wyjątkowo?
M.Z.: Do dzisiaj tego nie wiem. Myślę, że jak już jesteśmy w kinie jako widzowie, to zapominamy o wszystkim. Są tylko emocje. To one nad wszystkim górują. Jeżeli jest inaczej, doceniamy różne rzeczy, ale kiedy się zakochujemy, przestajemy dostrzegać wady.
Kiedy ostatnio tak zakochałaś się w filmie?
M.Z.: Byłam teraz w jury na festiwalu w Neisse. Pokazano tam dużo filmów, które były bardzo intensywne, ale w film, który mnie olśnił, trudno było wejść. Mam na myśli „Mszę gregoriańską” w reżyserii Jacqueline Jansen, która zachwyciła swoją prostotą. To był film-szkic. Najprostszy, jaki można sobie wyobrazić, a skradł nasze jurorskie serca.
Po każdym filmie długo dyskutowałyśmy. Po tych wszystkich kłótniach oraz wymianie argumentów miałyśmy nawet wstępny werdykt, a to był ostatni prezentowany film i wszystkie wyszłyśmy wiedząc, że to jest to. Pogodził nas w sekundę. Piękny film. Mam nadzieję, że ktoś pokaże go na jakimś festiwalu. Wstrząsające kino.

Czy są doświadczenia albo emocje, którym w kinie chciałabyś poświęcić więcej uwagi?
M.Z.: Kończę scenariusz, chociaż chyba nie powinnam tak mówić, bo jeszcze okaże się, że go dopiero zaczynam. Pracuję nad nim od pół roku. Chciałabym już o nim mówić, ale boję się, bo przed wejściem na plan wiele może się wydarzyć. Mam nadzieję, że z ogromną czułością podchodzę w nim do swojej bohaterki. Tym razem będzie to kino kostiumowe. Im bardziej się jednak w to zagłębiam, to okazuje się, że ten kostium nie ma znaczenia – wszystkie nasze problemy są cały czas takie same. Nie zmieniają się. W naszych sercach wszystko wciąż wygląda podobnie.
W tym roku na LLF pojawisz się w roli jurorki. Czy doświadczenie bycia po obu stronach konkursu sprawia, że inaczej spojrzysz na prezentowane filmy?
M.Z.: Każdy, kto w Polsce skończy film, zasługuje na medal i wszelkie nagrody, bo to jest naprawdę bardzo, bardzo trudne. Nie mamy tak komfortowych warunków pracy, jak przy filmach z dużym budżetem. Wszyscy mówią: twój film miał tak maleńki budżet i wyszedł, a może jakby miał większy, to by nie wyszedł. To nie jest prawda. Nie mamy tyle czasu na preprodukcję, na próby z aktorami, na detale. Trzeba znaleźć pieniądze na film, zebrać to wszystko i zrealizować – to bardzo trudne. Powinniśmy być więc dla siebie łagodni.
Czasami filmy nie wyglądają tak, jakbyśmy tego chcieli i to nie z naszych artystycznych powodów. Dlatego nie zgadzam się z jednoznaczną krytyką i nagłówkami w gazecie: dlaczego film nie powinien był powstać? Zresztą Jerzy Armata, którego bardzo cenię, zawsze mi mówił, że szkoda czasu na złe emocje na temat filmów, gdy jest tyle wspaniałych. I za tymi słowami idę.

Czego będziesz szukać w konkursowych filmach?
M.Z.: To jest tak, jak z szukaniem miłości. Można sobie wyobrażać, jaki ktoś powinien być, a później trafić na osobę zupełnie inną od naszych oczekiwań i przepaść dla niej bez reszty.
Zakochujemy się i taka też jest magia kina. Nie ma recepty, jak zrobić dobry film, tak jak nie ma recepty na to, co nas ujmie.
Czasem w filmie jest wszystko i idziemy do kina pewni, że będziemy zachwyceni, a tu nic. Innym razem coś zupełnie nieoczekiwanego, jak film o tytule „Msza gregoriańska”, porusza nas do głębi. Na tym to polega. Oczywiście są reżyserzy, na których idzie się z pewnością, że nie rozczarują i tacy reżyserzy będą na tym festiwalu.
Nigdy nie wiadomo. Filmy zaskakują. Dla mnie ostatnim takim polskim zaskoczeniem było „Życie dla początkujących”. Nic nie wiedziałam o tym filmie i byłam kompletnie nieprzygotowana na to, co zobaczę. Nawet nie widziałam trailera, a mimo to film mnie zachwycił.

Uważasz, że te festiwalowe nagrody mają znaczenie?
M.Z.: Nagrody są bardzo ważne. Dzięki nim mój film przeżył i zaistniał. One otwierają dużo drzwi i możliwości. Dla młodych twórców to jest niezwykle istotne i dla tych, których film nie ma szans na dystrybucję, bo nagrody potrafią to zmienić. Bardzo poważnie trzeba więc do tego podchodzić. Dla mnie już samo dostanie się na festiwal było momentem wygranej.
Podczas ubiegłorocznej rozmowy na Zamku Joannitów wspomniałaś, że scenariusz Twojego filmu był przez producentów odbierany jako „film o niczym”. Tymczasem jego siłą okazała się właśnie przestrzeń pozostawiona widzowi do własnej interpretacji. Czy festiwale otwierają drogę także takim filmom?
Myślę, że cały czas wszyscy się boimy. Boją się twórcy i boją się producenci. Ja mam to szczęście, że dostałam propozycję od producenta, który po filmie „o niczym” zaufał mi, więc jak się okazuje – to nie jest niemożliwe.
Dziękujemy za rozmowę.
