Lubuskie Lato Filmowe

Po drugiej stronie festiwalu. Rozmowa z Korkiem Bojanowskim

Rok temu zaprezentował w Łagowie swój pełnometrażowy debiut, który zdobył wyróżnienie festiwalowego jury. Tym razem znajdzie się po drugiej stronie i oceni konkursowe filmy. O kinie, twórczym dojrzewaniu, zderzeniu marzeń z rzeczywistością i zmianie perspektywy rozmawiamy z Korkiem Bojanowskim, reżyserem „Utraty równowagi”.

Wracasz na Lubuskie Lato Filmowe, ale w nowej roli. Jakie to uczucie?

Korek Bojanowski: Jestem bardzo zadowolony. W zeszłym roku pokazany został mój debiut, jednak wtedy miałem bardzo dużo pracy i wyjazdów. Przyjechałem do Łagowa dosłownie o godzinie 17, poszedłem na rybę oraz na spacer wzdłuż jeziora. Później miałem spotkanie po filmie i następnego dnia o 4 rano wyjeżdżałem.

Już wtedy udzielił mi się klimat tego miejsca i mówiłem, że bardzo chętnie wrócę przy kolejnej okazji i zostanę na dłużej. Ta okazja nadeszła szybciej niż myślałem, więc bardzo się cieszę. Tym bardziej że na tyle, na ile mogłem, doświadczyłem tej atmosfery. Jest to festiwal międzynarodowy z ogromną tradycją, która jest pielęgnowana. Na tę wieloletnią historię kładziony jest nacisk, ale też odbywa się on w tak urokliwym miejscu, że miło spędza się tu czas również poza salami kinowymi.

Można na chwilę oderwać się od pracy.

K.B.: Tak. Absolutnie. Planuję rowery wodne i spacery, żeby sprawdzić, czy rodzina bobrów się powiększyła, czy też nie.

W jury spotykają się osoby związane z kinem na różne sposoby. Ty i Maria Zbąska przeszliście w ubiegłym roku festiwalową drogę, a Wasze debiuty zostały wyróżnione podczas LLF. Czy mając za sobą to doświadczenie, będziesz inaczej patrzył na filmy konkursowe?

K.B.: Jestem ciekawy tego konkursu. Będą na nim filmy, które są już w obiegu festiwalowym, więc część z nich znam. Są to bardzo mocne produkcje.

Nie ma się jednak co oszukiwać – nie da się obiektywnie ocenić filmu, bo nie da się też obiektywnie obejrzeć filmu. Każdy z nas przychodzi z jakąś emocją i doświadczeniem. Najcenniejsze w obradach będzie więc to, że jury jest tak różnorodne – z innych środowisk, z różnym doświadczeniem i “backgroundem”. Zastanawiam się, jaki będzie właśnie ten odbiór subiektywny, gdy spotka się pięć osób o różnej wrażliwości, które będą musiały zdecydować, co najmocniej utkwiło im w pamięci i zadziałało.

Są to osoby, które dla mnie są autorytetami – Feliks Falk*, Tomasz Raczek… Miałem okazję ich poznać, ale nie w sytuacji, w której moglibyśmy otwarcie i szerzej porozmawiać o filmach. Myślę, że to będzie wyjątkowe doświadczenie.

Ja natomiast przy ocenie będę kierować się czymś, co przychodzi z wiekiem. Tym, jak film oddziałuje na nas na poziomie bazowym – na emocje. Sam teraz poszukuję takich filmów zarówno jako widz, jak i twórca. Mam wrażenie, że atakują nas filmy, które są wykalkulowane i to z różnych stron – finansowej, artystycznej… Bardzo tego nie lubię. Dlatego szukam filmów, które coś z nami robią, a przy tym nie oszukują na najgłębszym poziomie. 

Gdy robimy coś pierwszy raz to towarzyszy nam pewna odwaga. Mamy więcej oczekiwań względem świata niż świat względem nas. Po sukcesie te proporcje mogą się jednak zmienić i wtedy przychodzi kalkulacja. Nie czujesz dziś tej presji?

K.B.: Nie. Bardzo się cieszę, że mój film odbił się echem, ale… to mój film odbił się echem, a nie ja. Mam poczucie, że zrobiłem go na 100%, za mały budżet, w specyficznych warunkach i jest on skończony. Wiem, że oddałem mu wszystkie narzędzia, jakie miałem włączenie z miłością do kina, pasją, zaangażowaniem, czasem i pracą. 

Teraz też muszę dowieść coś szczerego, co nie będzie oparte na kompromisach. Nie będę odpuszczał, tylko zrobię to najlepiej, jak umiem. Nie zastanawiając się, gdzie film będzie pokazywany lub ilu widzów go obejrzy. 

Jeżeli uda mi się to uzyskać, a wraz z tym wizję, która już mi się w głowie rodzi, to będzie dla mnie ogromny sukces. Gdybym pod presją zaczął zastanawiać się, czego ktoś ode mnie oczekuje pod kątem tematu i formy, to nie służyłoby to temu, co robię. 

Nie stawiasz na kompromisy. Pokazałeś to w swoim filmie, który jako debiut był wyjściem z wysokiego C. Dotykałeś w nim środowiska, którego sam stawałeś się częścią. Nie bałeś się tego?

K.B.: Dużo osób pytało mnie, czy się nie bałem. Najwięcej, gdy przyjechaliśmy z filmem do Gdyni, bo mówi on o tym środowisku i nie stawia go w jasnym świetle. Chciałem jednak opowiedzieć coś, co wynika z moich obserwacji i spojrzenia na świat. Tego, jak wszyscy się gubimy. Szczerze mówiąc, nie dotarły do mnie ani bezpośrednio, ani pośrednio informacje, by ktoś miał problem z jego tematem. Nie zastanawiałem się, czy będę za to wyklęty ze środowiska. Nie zrobiłem tego, żeby wbić kij w mrowisko lub szokować, ale z potrzeby opowiedzenia historii, która dotknęła wielu moich znajomych. Jest to doświadczenie generacyjne. Nie dotyczy wyłącznie aktorów, ale też innych środowisk – szpitali, sądów, szkół, pokoi nauczycielskich, wojska. Mieliśmy widzów, którzy utożsamiali się z bohaterami, a nie mieli nic wspólnego z aktorstwem. 

O to też chodzi w kinie, by film wzbudzał emocje. Komuś się spodoba, a komuś nie. Ktoś się z nim zgodzi, a ktoś inny będzie bronił swojego zdania. Za to kochamy historię kina. Przykładowo Pauline Kael skrytykowała “Łowcę Androidów”, a dzisiaj film ma status kultowego.

Bohaterowie “Utraty równowagi” konfrontują swoje marzenia z rzeczywistością. Jak przebiegła Twoja konfrontacja, gdy zacząłeś realizować marzenie o filmie?

K.B.: Mam w życiu jeden cel: robienie filmów. I tak naprawdę ogranicza się to do zrobienia kolejnego filmu, co z jednej strony jest krótkodystansowe, a z drugiej – zajmuje kilka lat.  Wiem, że zrobienie pierwszego, drugiego, czy trzeciego filmu nie oznacza, że będzie łatwiej.  

Znam historię filmu i wiem, jak wybitnym twórcom trudno było robić kolejne filmy.  Najbardziej jestem skupiony na tym, żeby w czasach gdy tych filmów robi się mniej, mieć płynną komunikację z widzami. 

Jeśli chodzi o środowisko, to mam większy dostęp do rzeczy zakulisowych. Rozumiem, że w grę wchodzą duże pieniądze i duże ambicje, czy to przy jednym filmie, czy całej kinematografii. To generuje różnego rodzaju napięcia. Jak się w tym jest, to się to widzi, ale nie ma w tym niczego zaskakującego.

Pierwszy film opowiadał o rozczarowaniu światem, kolejny ma dotyczyć rozczarowania sobą. Koresponduje to z dojrzewaniem twórczym. Debiut bywa konfrontacją ze światem, później przychodzi moment konfrontacji z oczekiwaniami względem siebie. Czy to będzie najtrudniejsza poprzeczka? 

K.B.: Ja wiem, że im nie sprostam. Przeszedłem już duży zawód samym sobą i nie oszukuję się, że dorównam własnym oczekiwaniom. Kolejny film na pewno będzie wyzwaniem, bo dużo odważniej wchodzę w zabawę formą, w poszukiwanie tematu i w historie bohaterów. Najważniejsze jest jednak dla mnie zrobienie kolejnego kroku.

Nawet jeżeli przy debiucie wiedziałem, że nie chcę kompromisów, to musiałem na szali postawić intuicję. Tutaj od samego początku wiem, że chcę zaufać tej intuicji w większym stopniu i to jest dla mnie wyzwanie. 

…czyli nie będziesz dla siebie surowym rodzicem?

Nie. Absolutnie. Już byłem.

“Utrata równowagi” była filmem o gasnącej sile marzeń. Czy masz sposób, by temu zapobiec?

Nie studiowałem w Polsce i szybciej skończyłem szkołę, więc też dość wcześnie zacząłem. Obserwowałem moich znajomych filmowców i otaczałem się ludźmi, którzy są ode mnie o pół pokolenia, pokolenie starsi. Widziałem, jak ludzie odpuszczają marzenia i swoje pasje, a dla mnie to wszystko opiera się właśnie na pasji. O pasję trzeba jednak dbać i trzeba ją pielęgnować. To nie jest coś nadane odgórnie.

O pasję do kina trzeba zabiegać całkowicie. Wydaje mi się, że dużo ludzi rezygnuje i obraża się na film oraz współczesne kino. Obraża się na swoje niepowodzenia. A tutaj trzeba szukać. Szukać tego, co w filmie porusza. Ciągle stymulować się doświadczeniem kinowym. Czytać o filmie. Duża część uczestniczenia w życiu kinowym to dbanie o pasję. I to jest dla mnie główny napęd, żeby w ogóle tworzyć.

Ciebie kino otacza wręcz z każdej strony i to dosłownie.

Tak. Jest kino Amondo w Warszawie. Jestem w kinie jako widz mniej więcej 5 razy w tygodniu, oglądam wszystkie nowości, ale też coraz częściej dystrybuowane klasyki. Mam też firmę produkcyjną Amondo, w ramach której robimy filmy i tak to już od lat. Tak więc to kino stało się całym życiem.

W Amondo, czyli najmniejszym kinie w Warszawie, znalazło się miejsce na salę VHS, która szczególnie może przypaść do gustu przedstawicielom milenialsów. Jaki film byś zaproponował?

Wybrałbym Crittersów, czyli horror z lat 80. i 90. Sięgnąłbym po VHS-owy klasyk, a niekoniecznie po kino nastawione artystycznie. Ewentualnie po coś, co w Polsce nigdy nie było wydane, czyli „Przygody Robin Hooda” z lat 30. z Errolem Flynnem. Jest to pierwszy kolorowy film w historii kina, mimo że za taki często uważa się „Czarnoksiężnika z Oz” lub „Przeminęło z wiatrem”.

Inna opcja to zmierzyć się z Kurosawą i zobaczyć na VHS czterogodzinnych “Siedmiu Samurajów”. Film, który stworzony został do ogromnego ekranu. Ten poczwórny screening zakończyłbym bajką, którą wszyscy milenialsi oglądali w latach 90. – “Król lew” lub “101 dalmatyńczyków” Disneya. Sam oglądałem je na VHS jako dziecko, więc coś takiego puściłbym na deser. 

Kadr z filmu “Siedmiu Samurajów”

A masz swoją listę comfort movies, czyli filmów, które włączasz wyłącznie dla odprężenia?

Oczywiście, że mam. Bardzo lubię wracać do filmu tak, jak wraca się do ludzi i miejsc. Na pewno takim filmem jest “Władca pierścieni”. Byłem bardzo szczęśliwy, gdy Peter Jackson dostał w tym roku Złotą Palmę w Cannes za całokształt twórczości, bo to jest człowiek, który wpłynął na popkulturę i w pełni oddał ten świat Tolkiena – w muzyce, w scenografii… To jest film, który jest właśnie moim comfort zone. Mogę oglądać go z rodziną i z przyjaciółmi.

W tej kategorii są też filmy Federico Felliniego. Czekam, by do nich wrócić. Teraz jest akurat przegląd tych filmów i już byłem na “Nocach Cabirii”. Lubię znaleźć się w świecie “La Dolce Vita” i to jest film, który sobie dawkuję, bo wpuszcza on nas w taki labirynt, że za każdym razem można go czytać z trochę innej strony. Z perspektywy innego bohatera. To jest dzieło kompletne. 

Komfortowym filmem z tych współczesnych, chociaż nie wracam do niego często, jest “Once Upon a Time… in Hollywood”. Jest to film, w którym podoba mi się samo obcowanie na tej nostalgii, spowolnionym tempie, upale dziennym i nocnym oraz to, że tak doświadczony twórca, jak Tarantino spuszcza bieg i robi coś na zupełnie innej energii. Po jego dynamicznych filmach, jest to bardzo brawurowe posunięcie i wyszedł z tego obronną ręką. 

A co Cię ekscytuje? Jaki film widziany ostatnio dał Ci poczucie świeżości?

Dwa dni temu widziałem “Noce Cabirii”, które znam bardzo dobrze. Obejrzałem ten film przynajmniej trzy razy. Jest w nim pewna siła. Jest to smutny film, ale nigdy nie uderza on w melodramatyczne struny. To taki smutno-głęboko-przerażający film i takie doświadczenie kinowe przy pełnej sali było wyjątkowe. Film jest kompletny… skończony, a wydaje mi się, że w filmografii Felliniego nie do końca doceniony. 

Ostatnio widziałem też “Obsesję”. Współczesny film wyprodukowany przez niezależnego, amerykańskiego producenta horrorów Blumhouse’a za 750 tysięcy dolarów, który bije rekordy box office’owe. Dwa tygodnie od premiery oglądałem go przy pełnej sali i to ludzi w różnym wieku, co było ekscytującym przeżyciem. Nie wiem, czy jest to nowy głos w kinie, ale jest to głos z pokolenia Z, co jest samo w sobie ciekawe. Jest to też jeden z lepszych horrorów, który niczego nie udaje, a w ostatnim czasie jesteśmy zalewani horrorami, które coś udają. Mówi się o elevated horror i one się gdzieś pogubiły, a tutaj? Jest horror, który nie próbuje być czymś, czym nie jest. Od początku do końca nastawiony jest na przeżycie filmowe, ale w bardzo konkretnej konwencji kina grozy. To było fajne zaskoczenie, mimo że nie jest to film, do którego będę wracać, czy który byłby dla mnie niesamowicie inspirujący. Przeżyciem jest uczestniczenie w tej fali zachwytu i zobaczenie go w kinie.

Kadr z filmu “Noce Cabirii”

Nie dla każdego widza są jednak ciężkie emocje. W “Utracie równowagi” udało Ci się zachować pewną równowagę, dzięki czemu film może trafić również do osób, które unikają trudnych przeżyć.

Realizacyjnie i przy montażu “Utraty równowagi” szukałem lekkich momentów, które trochę przełamują ciężki temat z którym się mierzyliśmy. Może nie być to dostrzegalne przy pierwszej projekcji, ale pozwala spojrzeć na bohaterów z perspektywy niemocy. To ich potykanie się staje się takie śmieszno-rozczulające. 

Zwłaszcza szukałem tego w głównej bohaterce, żeby nie nadać wszystkiemu ciężkiego tonu. I na tym balansowaniu mi zależy. To nie ma być tylko dociążony film. Zawsze, tam gdzie jest ciemność, jest też jakiś rodzaj światła.

Jakie marzenia ma dzisiaj Korek Bojanowski, gdy to jedno o filmie już się spełniło?

To proste – zrobić kolejny film.

Za rok na Lubuskim Lecie Filmowym pojawisz się więc jako…

Za rok o tej porze najchętniej byłbym w zdjęciach, ale jeżeli będę mieć przerwę w nich, to chętnie wpadnę.

Dziękujemy za rozmowę.

________
* Aktualizacja: Niestety, Feliks Falk nie będzie mógł w tym roku dołączyć do grona jurorów festiwalu. Artykuł powstał zanim zapadła ta decyzja. Korek będzie natomiast członkiem jury Konkursu Głównego, razem z Filipem Bajonem, Tomaszem Raczkiem, Marią Zbąską i Agnieszką Żulewską.

Total
0
Shares