„Szczęście świata” – trzy płaszczyzny filmu według Michała Rosy

940 564 llf

Gdybym miał powiedzieć, o czym dla mnie jest ten film, to określiłbym, że jest to film w trzech płaszczyznach. W pierwszej – od tego się zaczęło – to jest film już troszkę starszego pana o pewnej tęsknocie, o miejscu „po” – miejscu po kimś. O tym, że w pewnym momencie naszego życia zdajemy sobie sprawę z tego, że ktoś był dla nas ważny, a znikł, nie ma go. A po latach do niego wracamy z poczuciem, że był dla nas punktem odniesienia w życiu, a teraz nie ma. I co z tym zrobić?

Z drugiej strony jest to film o – również o mojej – tęsknocie za dawnym, wielokulturowym światem przedwojennego Śląska, w którym Polacy, Niemcy, Żydzi, Ślązacy żyli w przyzwoitej komitywie i jakoś im się życie układało. Jako że mieszkałem na Śląsku, i mieszkam do dzisiaj, a nie jestem Ślązakiem, odkrywałem to przez miejsca, przez kamienice, pewien rodzaj cywilizacji, który tam był. I z każdym rokiem odczuwałem pewną zazdrość, że to miejsce jest tak własne. To znaczy, że ma własną historię, pewien rodzaj własnej legendy, mitologię. I ta mitologia jest w domach, miejscach, przedmiotach. Strasznie mnie to „wzięło”. Przyznaję, a jestem z wykształcenia architektem, że Śląsk poznawałem nie przez ludzi, a przez budowle. Dopiero potem doszedłem do ludzi.

Trzecia płaszczyzna – to beznadziejne, gdy reżyser opowiada, o czym miał być film – ale jest ona dla mnie ważna – jest to film o odmowie. O tym jak się odmawia udzielenia komuś pomocy. A to jest niezwykle ważne również dzisiaj. Bo potem żyjemy z tym przez całe życie i strasznie trudno nam z tego wyjść. Próbowałem pokazać to w specyficzny sposób. Długo namawiałem operatora Marcina Koszałkę, który jest specjalistą od mrocznych klimatów, żeby zrobić film jasny. Marcin – powtórzę – bardzo dobrze się czuje w mrocznych klimatach – i taki film mógłby być zupełnie inny, pewnie równie ciekawy, natomiast bardzo długo namawiałem go do tego, by dotknął światła, radości. Chciałem, żebyśmy przez większą część widzieli film „polukrowany”, a gdy w końcu lukier zdrapiemy, to żeby nas zabolało. To była idea filmu. Nie wiem, czy to się przeniosło, ale chciałem, żeby tak było. No tak, opowiedziałem, o czym miał być film, a teraz muszą się Państwo w tym odnaleźć.

Michał Rosa na spotkaniu po projekcji „Szczęścia świata” na Lubuskim Lecie Filmowym.

Całe spotkanie z reżyserem “Szczęścia świata” mogą obejrzeć Państwo w naszej relacji wideo.