Wspomnienie o Krystynie Feldman

900 450 llf

 „Nie ma małych ról. Są tylko mali aktorzy…”
(wspomnienie o Krystynie Feldman)

kfeldman

Pani Krystyna, „nasza kochana Krysia” – jak mówiono na nią w Poznaniu, jej ostatnim mieście. Drobniutka,ruchliwa, pełna energii która chwilami wprost ją rozsadzała. Dowcipna, czasami autoironicznie złośliwa, zawsze uśmiechnięta i pełna optymizmu pomimo skomplikowanych losów, wpisanych jak rzadko które w dwudziestowieczną historię naszego narodu.

Na scenie teatralnej pojawiła się po raz pierwszy w roku 1921-szym, na srebrnym ekranie – w 1953-cim. W międzyczasie było lwowskie i krakowskie dzieciństwo, wspominanie przez jej matkę – śpiewaczkę operową – ojca, który zmarł gdy miała trzy miesiące. I oswajanie się z myślą o tym, że teatr jest najważniejszym sposobem na życie; dlatego też maturę we Lwowie zdawała eksternistycznie, bo musiała zdążyć na egzaminy w warszawskiej Szkole Aktorskiej. Zdała je „śpiewająco” i zaczęła występować. Trochę pomagała jej środowiskowa pamięć o ojcu, przeszkodziła wojna. Po jej zakończeniu była aktorką teatrów objazdowych i, jak mówiła, to była prawdziwa szkoła życia: nauka odpowiedzialności, gotowości i kreowania postaci nawet w najdrobniejszym pojawieniu się. Po latach mówiła: „epizod to bardzo trudna materia. Staję przed kamerą i jestem. To chyba dar boski. Wiem natomiast, że trzeba podejść do tego z ogromną pasją, dynamizmem. Bez względu na wielkość roli.”

I taką ją zapamiętano z ekranu, od debiutu w „Celulozie” który na długie lata uczynił z niej odtwórczynię postaci drugo- i trzecioplanowych, bez których przecież nie mogą istnieć te pierwszoplanowe, pochłaniające naszą uwagę. Jej postacie – dewotki, plotkary, sąsiadki, nauczycielki, służące – były pełne, miały swoje wnętrze, życiową prawdę. Kiedy pojawiała się na ekranie – była nimi, niby jednakowa, ale za każdym razem inna.

W latach sześćdziesiątych odkryła ją dla siebie telewizja; pani Krystyna była dla nich wymarzoną aktorką tła – w serialach („Klub profesora Tutki”, „Kapitan Sowa na tropie”, „Czterdziestolatek”, „Jan Serce”). Obsadzano ją przede wszystkim w rolach zdziwaczałych starszych panien, wścibskich, jakby mszczących się za swój los – aż do „Świata według Kiepskich”, gdzie jej babcia Rozalia stała się wręcz kultowa. Mówiła o tej roli tak: „”Świat według Kiepskich” założony był jako drwina z tych najgorszych cech naszego społeczeństwa. Tak jak u Czechowa: z kogo się śmiejecie? Z samych siebie. Tylko w ten sposób można było to zrealizować. A że dla niektórych młodych ludzi to stało się jakimś filmem kultowym, to… święć im Boże i niech oprzytomnieją!”.

Kino od „Yesterday” zaczęło ją pokazywać w epizodach nie tak już jednoznacznych, nie tylko śmiesznych: jej kreacja chciwej ciotki z „Łagodnej”, pijaczki z „Nad rzeką której nie ma”, babci z „To ja, złodziej” czy służącej z „Horroru w Wesołych Bagniskach” ukazały wszystkim jej niesamowitą plastyczność. Nic więc dziwnego, że dla Krzysztofa Krauze tylko ona mogła zagrać Nikifora Krynickiego. I tak w wieku 88 lat zagrała rolę pierwszoplanową, taką o jakiej aktor może tylko marzyć – trzymającą cały film, pełną i tragizmu, i humoru – taką po której aktor natychmiast staje się legendą. Rolę prawdziwą tak bardzo, że kryniccy chuligani zobaczyli w niej rzeczywistego upośledzonego biedaka – i pobili ją, schodzącą z planu filmowego. W sądzie tłumaczyli się, że byli przekonani iż biją mężczyznę, bo gdyby wiedzieli że to kobieta – to przecież nigdy…

Żyła skromnie, nie dając sobie narzucić uzależnienia od przedmiotów: opowiadano anegdoty o tym, że w domu nie ma lodówki, pralki i telewizora. Potwierdzała to w wywiadach mówiąc, że są to przedmioty niepotrzebne, zabierające czas i miejsce. A ona żyła dla teatru.

Tuż przed swoim odejściem przygotowała autobiograficzny spektakl „To mi zostało…”. Zdążyła wystąpić w nim cztery razy – a bilety były wyprzedane na pół roku naprzód. Zgodnie z jej życzeniem pochowano ją w kostiumie z tego spektaklu – aktorkę mówiącą nam wszystkim prostą prawdę o życiu, w którym nie ma ról małych, są tylko mali – źle je grający – aktorzy. Ona wiedziała, że pomimo swej kruchości jest wielka – bo daje z siebie wszystko, by swoje role natchnąć ich prawdą, ich przeżyciami, życiorysem którego nie znaliśmy, ale czuliśmy że jest gdzieś blisko, obok nas, tak jak ci grani przez nią ludzie.

Pozostawiła po sobie próżnię; dziś nie ma już aktorów tak poważnie traktujących swoje posłannictwo. Ona wiedziała, że świat każdego z nas składa się właśnie z epizodów, bo role główne są często poza naszym zasięgiem.

Grzegorz Pieńkowski