Nawet ból głowy w Łagowie ma swój urok – Krzysztof Gierat

Pierwsza wizyta, to rok 1970. Jestem między podstawówką a liceum ogólnokształcącym. Mieszkam w od paru lat w Suchej Beskidzkiej, gdzie urodził się Billy Wilder, ale wtedy nikt oprócz niego o tym nie wie. Wakacje spędzam u rodziny w Żarach, więc kupuję bilet i udaję się PKS-em do Zielonej Góry, a potem do Łagowa. Nic nie pamiętam z tego mojego pierwszego festiwalu w życiu, być może nie byłem na żadnym pokazie w amfiteatrze, bo trzeba było wracać przed nocą. W głowie mam tylko snujące się po miasteczku grupy długowłosych młodych ludzi, wszak był to czas hippisów. Wszyscy dzierżyli w rękach po butelce mleka i suchej bułce – podstawowy jadłospis. Wśród nich wypatrzyłem Zdzisława Maklakiewicza z Janem Himilsbachem, ale oni mieli raczej inne wyposażenie gastronomiczne. Po wakacjach dumnie wkroczyłem do pierwszej klasy LO ze znaczkiem festiwalowym w klapie.

Potem nastąpiły liczne wizyty zawodowe. W roku 1984 zacząłem prowadzić Klub Sztuki Filmowej Mikro w Krakowie. Ważnym elementem Lubuskiego Lata Filmowego były wtedy seminaria filmoznawcze. Jako że festiwal był zawsze rodzinny i życzliwy dzieciom, zaczęliśmy bywać z żoną Bożeną (sporo wówczas pisała o filmie) i małą córką Marynią, która z zapałem uczestniczyła w wykładach, skrzętnie notując. Notatki się nie zachowały, ale w jej pamięci pozostał seans komedii erotycznej „Och, Karol” w amfiteatrze. Wczesna edukacja filmowa pomogła jej zapewne w przygotowaniach do ciężkiej pracy kiniarza, którą kontynuuje od lat, prowadząc wspólnie z mamą Kino Pod Baranami.

Ponownie zacząłem bywać na Lubuskim Lecie Filmowym po dłuższej przerwie już jako juror, począwszy od 2007 roku. Nagradzaliśmy kolejno: „Wyspę” Pawła Łungina, „Papuszę” Joanny Kos-Krauze i Krzysztofa Krauzego oraz „Zimną wojnę” Pawła Pawlikowskiego. Rosyjskiego reżysera spotkałem potem na malowniczym Festiwalu Tarkowskiego, któremu szefował. Z dumą obwieściłem, że nasze jury dało mu Grand Prix w Łagowie, a on na to, że jej nigdy nie dostał. Natychmiast zadzwoniłem do dyrektora Kawali z interwencją. Ten kategorycznie zaprzeczył. Widać służby naszego wschodniego sąsiada przechwyciły trofeum, co było dość częstym przypadkiem, głównie za komuny. Sam dorabiałem Złotego Smoka Krakowskiego Festiwalu Filmowego jednemu z rosyjskich laureatów, który wyemigrował do Izraela.

Co tu dużo mówić, równie ważne jak program są tu „okoliczności przyrody”, familijna atmosfera, „skoszarowanie” w Leśniku i… smażalnia ryb! Nigdzie nie ma tak zróżnicowanego i pysznego asortymentu. A i posłuchać można przy okazji opowieści, które rymują się z tymi festiwalowymi. Kiedyś przysiadła się do mnie gromadka dzieciaków (dorośli łypali okiem od sąsiedniego stolika) i przepytała mnie jak w studiu telewizyjnym: skąd jestem, co tu robię i dlaczego. Po jakimś czasie przystąpiłem do kontrataku i otrzymałem precyzyjne informacje, łącznie z tą, że mama najmłodszej nie przyjechała na rybkę, bo „wcoraj była implezka i głowa ją boli”. Wyobrażam sobie jak bardzo mogła następnego dnia boleć głowa mojego przyjaciela, dziennikarza telewizyjnego, którego podczas festiwalowej imprezki odprowadzaliśmy kilkakrotnie do hotelu, a ten jak bumerang wracał gotowy do dalszych uciech i swawoli. Inna sprawa, że nawet ból głowy w Łagowie ma swój urok. Jak wszystko tutaj.

Krzysztof Gierat – filmoznawca, dyrektor artystyczny Krakowskiego Festiwalu Filmowego

Może Ci się również spodoba